Mam zgryz moralny.
Od jakiegoś czasu wpada do mnie sąsiadka-nastolatka. Jest w 2 klasie liceum. Dziwadło, zakompleksione, zagubione, ale inteligentne i jakieś takie fajne.
Sama byłam podobnym dziwadłem i chyba ją rozumiem.
Rodziców ma takich sobie. Ze sobą w ciągłym konflikcie, pracują 24/24 (lekarze), wiecznie ich nie ma. I młoda czasem do mnie zachodzi pogadać.
opowiada o szkole, różnych pierdołach i czasem przemyca dużo poważniejsze problemy.
No i dowiedzaiłam się, że od jakiegoś czasu bierze amfę i to niestety, w coraz większych ilosciach. Bo może się wtedy dużo uczyć, bo nie che się jej jeść (ciągle się odchudza), bo wtedy życie wydaje się piekniejsze. Nie znam się na narkotykach, ale nie wygląda to ciekawie.
I tu mam zagwostkę - ja jej nie pomogę z tego wyjść, bo nawet nie wiem jak. Myślę, że rodzice MUSZĄ o tym widzieć, ale młoda powiedziała, że jeśli się o tym dowiedzą, to tylko ode mnie, a to będzie zdrada. Kurczę, wiem, że ma do mnie zaufanie i co, mam ją zdradzić?
Do tego jeszcze trochę się boję jej rodziców, bo i tak niezbyt łaskawie patrzą na te jej wizyty u mnie. Będą mieć pretensje, że się wtrącam itd. A zostawić ją tak po prostu też nie mam sumienia. Nadużyć zaufania też nie chcę...
Fuck, fuck...