jogo2
21.02.11, 10:25
Zainspirowało mnie kilka wątków. Niedawno zdarzył mi się przykry wypadek. Wsiadałam do autobusu. Czułam się źle (gdybym się czuła dobrze to jakoś bym to zniosła) i akurat wsiadłam tylnym wyjściem koło którego siedziało 3 bezdomnych. Powiedziałam do siebie półgłosem że śmierdzi i poprosiłam stojącego obok mężczyznę, żeby się przesunął bo chcę przejść dalej. Bezdomny nie wytrzymał i powiedział, że się umyje, jak zafunduję mu łazienkę i prysznic. Wywiązała się nieprzyjemna sprzeczka, powiedziałam mu, że stwierdziłam fakt, że śmierdzi, jeżeli czuje się tym urażony, to niech się umyje. Na to on (co dziwne młody chłopak, bez widocznych oznak kalectwa) nie mógł popuścić tematu, specjalnie ruszył tyłek z siedzenia, przyszedł do mnie i uderzył w płaczliwe tony: czy ja wiem, co to znaczy być bezdomnym, itd. Nie znoszę takiego rozczulania się nad sobą.
Potem sprawdziłam w necie. W w-wie istnieją co najmniej 3 miejsca dla bezdomnych gdzie mogą się umyć, wszystkie zlokalizowane w miarę w centrum (Al. Solidarności, itp.). Kurcze, rozumiem, że w takiej sytuacji ludzie nie biorą prysznica codziennie, ale raz na tydzień to chyba można, nie mając stałej pracy, zobowiązania, że gdzieś tam się muszę stawić w godz. 9-17.00. Ci tak śmierdzieli, że czuć ich było na 3 metry - to chyba jednak nie byli niemyci od tygodnia tylko dłużej.
Najpierw się okazuje, że mają społeczeństwo w dupie, oni są bezdomni, więc nic nie muszą, mogą sobie hodować wszy, itp. śmierdzieć gównem i roznosić zarazki, a potem się jednak okazuje, że jednak nie, społeczeństwo jest im potrzebne, choćby po to, żeby się przejechać autobusem na gapę, zamelinować się u kogoś na klatce schodowej, napluć w stoisku z fast foodem do czyjegoś jedzenia (Kraków, zeszłe lato) i jechać na fali litości, litości i jeszcze raz litości i wzbudzania wyrzutów sumienia u innych, bo cholera tyle mieli rozumu, żeby się nie stoczyć i nie zostać bezdomnym i chlastanie tą bezdomnością (czyt. 10 warstwami brudu i zlepionymi kołtunami) po oczach. Rozumiem, że nie wszyscy mieli jednakowe warunki na starcie, ale pogrążanie się w roszczeniowości to chyba nie tędy droga.
Dziś przed kościołem żebrał pan czysto ubrany to mu dałam conieco z samego uznania i wdzięczności, że jest czysty i wygląda przyzwoicie.
Kiedy wreszcie powstanie nie wiem, jakieś duszpasterstwo np. które przestanie tych gości gładzić po główce i wytłumaczy im, że owszem Chrystus między innymi mówił, że da, zapłaci, ale za pracę w winnicy, choćby się nawet przyszło ostatnim.
nasze społeczeństwo jest biedne, ale będzie jeszcze biedniejsze i nigdy się z tej bylejakości nie wydobędziemy, bo jeszcze się nie wspięliśmy na ten szczebel dobrobytu, co państwa np. Europy Zachodniej, a już sobie zafundowaliśmy rozdmuchany socjal, który sprawia, że wielu ludziom przychodzi do główki, że się należy.
Naprawdę, biedy (poza pijaństwem rodziców) w Polsce nie ma, nie ma takiej sytuacji, że ktoś nie ma co jeść i nie ma się w co ubrać. Chyba że jest mega niezaradny i piekielnie roszczeniowy. Np. dostałam list od organizacji charytatywnej Maciuś proponującej mi ufundowanie zestawu zimowego dla jakichś dzieci typu czapka + szalik, za jedyne 25 zeta. Myślałam że parsknę śmiechem, zamiast kupić kilka kilo używanej odzieży i zawieść to do tej popegeerowskiej wsi ze szczególnym uwzględnieniem czapek i szalików, lepiej jest szukać frajera, dla którego 25 zeta to tyle co nic, no bo to zrozumiałe, że ma być nowe i w cenie posezonowej wyprzedaży w galerii handlowej.