Dostałam, chociaż jej nie potrzebuję. Dostałam nie po raz pierwszy. Dostałam nie od instytucji, ale od sąsiadki, która również tej pomocy nie potrzebuje, a - jak się wyraziła - "ma już tego pełne tapczany, nie ma gdzie trzymać". Sąsiadka jest podopieczną MOPS. Wcześniej dostałam taką żywność od innej sąsiadki, która - jak mi się wydawało - z pomocy społecznej nie korzysta. Musiałam mieć wtedy bardzo głupią minę, gdy próbowałam zrozumieć o co tu chodzi, skąd sąsiadka to ma i dlaczego mi to daje. Wydawało mi się czymś niemoralnym przyjęcie tego. Jakbym głodnego z jedzenia okradała. Okazało się, że jakaś koleżanka/kuzynka/szwagierka dostaje tę żywność od instytucji (nie wiem nawet kto to dystrybuuje) i też rozdaje, bo nie potrzebuje. O co tu chodzi?
Czy ta żywność trafia nie do tych, do których powinna? Cóż, to zawsze będzie mieć miejsce w tego typu mechnizmach pomocowych, pytanie jaki procent tej żywności trafia w niewłaściwe ręce. Jeśli nikły, to uważam, że nie ma problemu. Ale ilość tej żywności, która trafia do mnie zastanawia mnie bardzo. Naprawdę nie jestem uboga, nigdy nie korzystałam z MOPSu, sąsiedzi proponują mi tę żywność nie z litości

, ale dlatego, że naprawdę im zbywa.
Czy może rodzaj pomocy jest źle dobrany, czyli beneficjent ma pełne tapczany mąki, ale nie ma na węgiel i podręczniki? Z tego co wiem to na tego typu potrzeby udzielana jest pomoc celowa na zasadzie zwrotu kosztów. Więc to nie tu jest problem. Wygląda na to, że tej pomocy (żywnościowej) jest po prostu za dużo. Albo rzeczywiście trafia zupełnie nie tam gdzie powinna.
Ja widzę tutaj jeszcze taką kwestię: ta żywność to są proste produkty typu mąką, kasze, ryż, makarony itp. I mam wrażenie, że problem w dużej mierze polega na tym, że nie da się postawić dzieciom mąki na stół i powiedzieć "smacznego". Z tym trzeba coś zrobić. A dla niektórych rodzin to już jest problem. Po co robić coś z mąki, skoro można kupić gotowe. Po to, żeby zaoszczędzić? No tak, ale to trzeba się po pierwsze wysilić nad tą mąką, a po drugie umieć przewidywać i oszczędzać. A problemem takich rodzin jest nie brak pieniędzy (bo oni pomocy materialnej otrzymują całkiem sporo), ale życiowa niezaradność. A na to tapczany pełne mąki nie pomogą. Ale co pomoże?