pifka0
13.04.12, 21:07
Jesteśmy małżeństwem od 9 lat. Mamy dwójkę dzieci 7-letnią córkę i 9-miesięcznego synka. Źle zaczęło się dziać jak urodził się synek. Wczśniej bywało różnie, były kłótnie, jeden dość poważny kryzys, który przetrwaliśmy. Ja nie pracuję, zajmuję się dziećmi i szukam pracy. Ale nie jest łatwo. I tu zaczyna się problem mojego męża. On twierdzi, że nie mam aspiracji, ambicji bo nie pracuję, że jestem "nygusem". Nie potrafi zrozumieć, że praca z dziećmi to też praca i to wcale nie łatwa. Nie zostawia mi pieniędzy na życie, ja muszę przeżyć z dziećmi za 550zł z MOPSU. Ale jak zrobię obiad to oczywiście nie ma problemu żeby go zjadł (a potrafi). Powiedziałam mu ostatnio, żeby zostawił mi pieniądze bo nie mam za co zrobić dzieciom obiadu to odpowiedział, żebym nie robiła. Nie słucha moich argumentów we wszystkim. Cały czas podnosi swoje wymagania, którym ja nie jestem już w stanie sprostać. Za wszystko obwinia moją mamę uważając, że ona mówi mi co mam robić. On natomiast jest jedynakiem bardzo uzależnionym od swojej mamy, wystarczy że ona zapłacze a on zrobi wszystko. Ostatnio po moim konflikcie z teściową dość jasno opowiedział się po jej stronie nie dając mi możliwości jakiejkolwiek obrony. Jego słowa bardzo ranią i bolą. Twierdzi, że nic nie robię dla naszej rodziny (a opieka nad wspólnymi dziećmi?). Zaproponowałam terapię małżeńską, ale nie wiem czy warto. Nie wiem czy jeszcze go kocham po tylu przykrych słowach. Wiem, że mogę wystąpić o alimenty ale to byłoby jasne wezwanie na wojnę. Najgorsze jest to, że moje argumenty w ogóle do niego nie trafiają, on wie lepiej co ja myślę, co czuję. Mogłabym się cała zalać łzami a on odwróciłby się na pięcie i nic by sobie z tego nie zrobił. Czy tak postępuje ktoś kto kocha (przynajmniej tak twierdzi). Może nigdy nie był zbyt czuły ale nie można tak ranić drugiej osoby. Może ja też nie jestem bez winy, ale staram się żebyśmy byli szczęśliwi. Tylko on stale podnosi poprzeczkę a ja nie nadążam. Ponieważ jestem cały czas w domu, nie mogę znaleźć pracy moja samoocena jest już nawet na minusie i każde jego krzywe spojrzenie i kłótnie o to że nie jestem taka jak powinnam powodują, że ta samoocena spada jeszcze niżej. Nie wiem co dalej. Moja mama namawia mnie, żebym przeniosła się na jakiś czas do niej z dziećmi. Ale wiem, że to też zapoczątkowałoby wojnę. Nie wiem czy mam siłę, ale nie chcę tak dalej żyć. Bo co będzie za 5 czy 10 lat jak teraz "położę uszy po sobie".