ann007
18.06.04, 15:04
20 lat temu przyniosłam do domu psa. Był uroczy, inteligentny, lubił ludzi,
bawił się z nami - dziećmi, był jakąś odmianą psiego Einsteina- uczył się w
lot wszystkiego. Pływał z nami na pontonie, łaził po drabinach (!!!), poza
jednym grzebieniem nic w domu nie pogryzł. Kochany bardzo. Teraz ma 20 lat...
Nie słyszy. Nie widzi. Boi się każdego ruchu - naszego także. Załatwia się w
każdym miejscu, w jakim się aktualnie znajduje (na swoim posłaniu także). Po
kilka - kilkanaście razy dziennie zmywamy podłogę po jego wypadkach. Dom
śmierdzi jak szalet miejski. Między tym biega moje roczne dziecko. Pies jest
powykręcany chyba reumatyzmem, poza tym nieźle się trzyma. Żyje w jakimś
swoim świecie, wcale nie potrzebuje kontaktu z nami - wręcz go unika. Ale
życie z nim to katorga - potrzeby fizjologiczne załatwiane gdzie bądź, zapach
domowy, wszystko doprowadziło do tego, czego się najbardziej wstydzimy:
wszyscy już czekają, aż on zdechnie. Czuję się z tym parszywie - taki obraz
ludzkiej niewdzięczności w obliczu jego oddania rodzinie. Teraz tata pojechał
z nim do weterynarza, dopytać się, czy nie można go jeszcze jakoś reanimować,
pomóc funkcjonować. Ale chyba i tak wszyscy umęczeni wycieraniem po nim
mieszkania, schodów, siebie samych, podświadomie oczekują werdyktu...
Tak tylko chciałam się wyżalić. Chyba na mnie.