Tak a propos konca swiata
Mniej wiecej co miesiac (najczesciej w zwiazku z PMS) nachodza mnie depresyjne mysli i pytania o sens mojej egzystencji na tym swiecie…No totalna beznadzieja po prostu, dzien swistaka

Mam rodzine jak reklamy, w sensie superfacet, 2 coreczki, a jednak… Codzienna rutyna mnie z lekka przybija. Rano wstac, poubierac dzieciaki (4,5 i 2 lata), pozawozic do zlobka i przedszkola, z wywalonym do pracy, a po pracy z wywalonym po dzieciaki. Do domu wchodzimy tak kolo godziny 18, trzeba robic szybko cos do jedzenia, bo krzycza, ze glodne, ze pic, ze to, ze tamto. Jak kolacja jest juz gotowa, wraca tatus z pracy, wiec siadamy i jemy. Porozmawiac czasem sie da, najczesciej jednak nie za bardzo, bo sie latorosle wcinaja caly czas.
Potem sie troche z nimi pobawic, poprzytulac, i trzeba juz isc spac. Mieszkanie wyglada, jakby w nim bomba pierdyknela, ale cale szczescie sprzatanie codzienne absolutnie nie nalezy do moich priorytetow, bo na to juz na pewno czasu by nie starczylo.
Bardzo chcialabym pracowac na okrojony etat, optymalne byloby 6 godzin, ale niestety nie mam takiej mozliwosci, bo tu gdzie mieszkam prawie nie istnieja takie etaty. Dziadkow nie mamy w poblizu, wiec od 4,5 roku nawet nie bylismy nigdzie tylko we dwoje. No porazka po prostu. Ja wiem, ze bardzo duzo ludzi tak ma, ale jakos mnie to nie pociesza. Jak tak ma wygladac moje zycie juz zawsze, to ja dziekuje, to chyba juz wole koniec swiata…A tu kurna nic!