Dziewczyny, znając ematkę zaraz polecą gromy ale liczę na kilka rzeczowych podpowiedzi bo naprawdę nie wiem co robić...
Będzie długo żeby dać jasny obraz sytuacji
Problem mam z sąsiadką... choć do dziś nie wiedziałam z którą. Od niedawna mieszkamy w nowym miejscu w bloku na parterze, do mieszkania przynależny ogródek z którego się cieszyłam gdyż mam dwójkę dzieci, roczniaka i przedszkolaka i liczyłam, że w razie upałów itp będzie można posiedzieć w ogródku. Po zimie było masę petów i śmieci, posprzątałam ale po kilku dniach znów pety. Napisałam grzeczną kartkę z prośbą o zaprzestanie śmiecenia. Nie poskutkowało do końca, napisałam drugą kartkę z żartobliwa propozycją zakupienia palaczom popielniczek i tu poskutkowało, z kilku rodzajów petów został jeden. Ogródek który był zapuszczony powoli dzięki mojej pracy zaczyna wyglądać ładnie, tyle że nadal codziennie zbierałam pety i zanim wypuściłam dziecko musiałam iść pozbierać bo to jest etap kiedy wszystko wkłada do buzi. Nie ukrywam, że mnie to irytuje, że mimo próśb ktoś jest takim człowiekiem, że nadal komuś specjalnie brudzi. Szkoda mi było też dziecka bo tylko biegałam za nim po ogródku i wyrywałam pety z ręki. Teraz zbliżamy się do sedna... Zawsze wolałam kulturalnie rozwiązywać sprawy (mąż raz pozbierał pety i wrzucił do windy ale czemu mają wszyscy z klatki "cierpieć" za buractwo jednego?) stąd dwie kulturalnie grzecznie proszące kartki ale już mi cycki opadają więc pozwoliłam sobie na kilka komentarzy na głos na ogródku o osobie która pali no i ostatnią kartkę napisałam personalnie do osoby która wyrzuca mi pety, że jest burakiem i syf może robić u siebie w domu i czy ją bawi, że dziecko próbuje te pety zjeść czy też zazdrości, że ktoś trawę zasiał i chce to zniszczyć i, że jest odważna (papierosy damskie ze śladem szminki) jak nikogo na ogródku nie ma a ja nie mogę jej powiedzieć w twarz co o tym myślę tylko muszę się bawić w durne kartki...
Finał:
Pielę dziś pod wieczór poziomki, młodszy usypia a starszy synek rysuje w pokoju i co chwila przybiega do mnie, nagle czuję jak na plecy mi cos leci... rozglądam się, myślę, że może chmura naszła ale zaczynam zerkać w górę...za chwilę znów "deszcz" kazałam synkowi wracać do domu i udaję, że znów pielę ale zerkam w górę i widzę, że sąsiadka wylewa wodę specjalnie wprost na mnie!!!
Nosz k...a a gdyby tak trafiła w dziecko??
Zaczęłam krzyczeć bo się schowała więc jej wygarnęłam, że tak się nie robi, że mogła oblać dziecko itp... mąż pobiegł do niej ale wyparła się, że to nie ona i nie ważne, że to widziałam

I teraz: co zrobić z taką babą? Niczym nie zawiniłam, nie hałasujemy, zabaw nie urządzamy, dzieciaki spokojne.
Nie wiem czy to ona wywala te pety czy też nie
Nie wiem czy powiadamiać dzielnicowego ale serio się boje, że mogła by coś rzucić na dzieciaki
Nie nie odpuszczę ogródka, no chyba, że naprawdę było by to niebezpieczne dla chłopaków
Czy drąca się baba na ogródku klasyfikowana jest przez sąsiadów jako histeryczka czy już wariatka?
Co z tym wszystkim zrobić??? Co z tą sąsiadką? Mieszka sama starsza babka a kłamie w żywe oczy

, cholera jeśli to ona zrzuca pety to nie łatwiej przestać niż oblewać kogoś zimną wodą?
I czy dzwonić do dzielnicowego czy nie?