W okresie Wielkanocy zwali mi się na łeb sześć osób - szwagier z żoną i dwumiesięczną córeczką, teściowie i matka mojej tesciowej (czyli babcia męża). Szwagier z rodziną na jakieś 3-4 dni, teściowie i babcia na osiem dni.
I teraz kombinuję, jak to wszystko ogarnąć, żeby nie oszaleć i nie wymordować rodzinki
Z przenocowaniem gości problemu nie mam - jest dodatkowa sypialnia (gdzie planuję umieścić swieźo upieczonych rodziców z niemowlakiem) i dwie duże, rozkładane sofy w salonie. Ale mam zagwozdkę jak wszystkich posadzić przy stole. Jadalnię mam tycią, stół i pięć krzeseł dla mojej własnej rodziny wypełnia ją po brzegi, na rozłożenie stolu i dostawienie kolejnych pięciu krzeseł nie ma szans - nie że będzie ciasno, po prostu się nie da. Teoretycznie mogłabym tymczasowo wstawić stół do salonu... ale wtedy nie będzie tam miejsca na rozłożenie sof, na których mają spać goście... a przestawianie, rozkładanie i składanie stołu codziennie rano i wieczorem, przez cały tydzień, też mi się nie uśmiecha

Aktualnie skłania m się, aby stół a 10 osób zaaranżować tylko w święta, a w pozostałe dni przeforsować opcję "jemy na raty", ale wówczas babcia mojego męża udławi się z oburzenia...
No i kolejna sprawa - jak złagodzić u starszego pokolenia szok wynikający z faktu, ze po raz pierwszy w życiu nie będą "świętować" zgodnie z "tradycją", tzn. przez trzy dni stać przy garach i szykować fefnaście tradycyjnych dań w ilościach, ktorymi możnaby wykarmić pułk wojska, by potem przez kolejne trzy dni siedzieć od rana do wieczora za stołem i wspomagając się ranigastem i silimarolem, wpychać w siebie ze zbolałą miną całe to żarcie, średnio już swieże i niezbyt apetyczne, ale "trzeba zjeść, bo szkoda żeby się zmarnowało"... U mnie jedzenie ma być tylko miłym dodatkiem do wspólnie spędzonego czasu, a nie przykrym obowiązkiem wynikającym z "tradycji". Ale nie wiem, jak złagodzić niezadowolenie, które zapewne wyniknie w związku z brakiem miski ze zwiędłą sałatką utopioną w rozpływającym się majonezie i pięciu kilo smażonej kiełbasy
Ps. Lubię moich tesciów, ale ich dieta, kuchnia i kultura spożywania posiłków jest dla mnie nie do przyjecia i na tym tle notorycznie wynikają konflikty - bo ich zdaniem źle gotuję (bo zbyt wymyślnie i "nie szanuję polskiej tradycyjnej kuchni"), za słabo doprawiam (bo nie zabijam smaku każdej potrawy przy pomocy vegety, kostek rosołowych, ziarenek smaku knorra i innych tym podobnych świństw), niezdrowo (bo dla nich zdrowa dieta to tzw. dieta optymalna, oparta na smalcu, majonezie, podrobach, tłustym mięsie i żółtkach jaj), a moje dzieci są niejadkami (bo nie gustują w rosole o barwie oleju i konsystencji galarety ani w karkówce upieczonej w zalewie z trzech kostek smalcu).
I właśnie do mnie dotarło, że będę ich musiała karmić przez ponad tydzień. Aaaaaaaaaaa! Ratunku!