Moi dziadkowie mieszkali w miejscowości, która w czasach przedwojennych i peerelowskich była miejscowością wypoczynkową. Po zmianie systemu się to zmieniło i pies z kulawą nogą tam nie zaglądał, ale mniej więcej od 5 lat znów miejscowość staje się znana i popularna. Wokoło lasy, cisza, spokój.
Jako dziecko jeździłam do tych lasów na poziomki. Najczęściej rosły w rowach przy drodze i było ich dosyć mało. Były dobrem bardzo pożądanym przez całą okoliczną dzieciarnię, więc każda malutka poziomka była na wagę złota.
Pojechałam teraz do tej miejscowości na długi weekend i tak z sentymentem owe poziomki wspominałam, że postanowiłam zobaczyć, czy może chociaż jedną znajdę. Nie oczekiwałam więcej, bo ludzi się zjechało sporo, poza tym pudełeczko poziomek w warzywniaku kosztuje 10 zł i widziałam, że ludzie to kupują.
Kilka metrów od ulicy, obok której biegnie poziomkowy rów zrobiono leśną ścieżkę rowerową. Sam piach, po prostu drzewa wycięte. Jest ulica (mało uczęszczana), rów, ścięta trawa w rowie (brak poziomek), drzewa, trawa, ścieżka (bardzo uczęszczana), trawa, drzewa. Widząc to pomyślałam, że nawet na jedną poziomkę nie mam szans. I szczęka mi opadła, bo z jednej i drugiej strony ścieżki, a nawet trochę wgłąb lasu poziomek było takie zatrzęsienie, że w kilka minut zebrałam spore pudełko. Potem przyszłam z dzieciarnią, którą mam pod opieką i zebraliśmy razem ponad LITR poziomek. Przeszliśmy pół kilometra i nie mogliśmy się od ziemi oderwać.
Opowieść długa i fascynująca, wiem. Ale powiedzcie mi - czy ludzie już poziomek leśnych w ogóle nie zbierają? No przecież zbierają jagody, grzyby. Do tej pory nie mogę wyjść ze zdumienia. A poziomek opchałam się jak nigdy w życiu