Bo już się zastanawiam, co jest nie tak - z tymi lekturami

.
Mówię o klasach początkowych.
Córka rok temu nauczyła się czytać płynnie, a jakoś tak po półroczu zaczęła czytać dla własnej przyjemności, sama, z własnej woli. Chętnie sięga po książki, co mnie bardzo cieszy.
Teraz są wakacje. Czyta 1 książkę przez tydzień, po kawałku.
Czyta dużo... tylko tych nieszczęsnych lektur nie chce. Idzie do II klasy.
Podsuwałam po trochu, skoro i tak chce coś czytać, bo w roku szkolnym za bardzo nie będzie czasu na lektury.
"Zaczarowana zagroda" dość się podobała, tak jak i "Doktor Dolittle". Reszta, typu "Ucho, dynia, 125" czy "Karolcia" - już absolutnie nie. Przeczytała po kilka stron, pokręciła nosem i odłożyła. Woli czytać zupełnie coś innego, np. Lassego i Maję albo książeczki Holly Webb itp. historyjki.
Prawdę mówiąc, mnie też niektóre lektury wydają się denne w porównaniu do tego, jak wiele jest teraz ciekawych propozycji czytelniczych dla dzieciaków powiedzmy 7-9 letnich.
Dlaczego ten kanon od lat się nie zmienia?
Tak, wiem, wiem, są wakacje

.