vivaluna
12.01.15, 17:30
W zasadzie nie od "prawdziwego" męża. Jesteśmy ze sobą 13 lat, ale nie mamy ślubu. Rok temu straciłam pracę, kontrakt. Opiewał on na umowę o dzieło, czyli po jego zakończeniu zostałam z niczym. Zwolnienie było grupowe, poleciało kilkaset osób i większość bez odprawy i okresu wypowiedzenia. Zostałam z tym co miałam w kieszeni. Wróciłam do pojedynczych zleceń, ale zarobki nie były zadawalające.
Mam mieszkanie, spore. Kupiłam je 10 lat temu. Do tego czasu mieszkałam w małym, odziedziczonym po mamie. Mój chłopak wynajmował mieszkanie opodal, no i tak stwierdziliśmy, że sprzedam swoje mieszkanie, dobierzemy kredyt i zamieszkamy razem. Tak się stało, tylko, że kredyt dobrałam ja. W nowym mieszkaniu zamieszkaliśmy razem + moja córka. Ja płaciłam kredyt, chłopak czynsz. Potem - trzy lata temu wszystko się posypało. On uznał, że nie chce mieszkać w mieście i przeprowadza się do domku na wsi, który kupił w trakcie (na kredyt nie miał kasy a na domek i jego remont się znalazła). Ja zaczęłam płacić wszystkie opłaty związane z mieszkaniem oraz kredyt, on pojawiał się na sobotę i niedzielę, święta etc. Jak straciłam robotę, to zaczęłam mieć problem z kredytem. Chłopak powiedział, że pomoże zanim nie znajdę stałej roboty i będzie ten kredyt płacił. Zanosi się, że wreszcie znalazłam stałą pracę, więc on oznajmił, że ta spłata kredytu to była pożyczka i mam mu to oddać, z 10 tys pewno wyjdzie.
Co sądzicie o tej sytuacji, gdzieś rozumiem - jego kasa zainwestowana w cudzą własność. Z drugiej strony, czy na tym polega związek? Mam mieszane uczucia. On chce podpisać umowę o pożyczce.