Mamy falę wspomnień z dzieciństwa. Juz gdzieś napisałam, że mama dała mi bardzo dobry start, ale nie zawsze w domu było super. Bylismy normalną rodziną. Ojciec opozycjonista (na kariere szans nie miał), mama pracowała jako główna księgowa w pewnym zakładzie państwowym (apolityczna, dziwne, ale była pupilką dyrektora, który po prostu widział w niej potencjał i poglądy miał gdzieś, taki dyrektor starej daty, bo czasem tacy się zdarzali). Nie przelewało się jak w większości rodzin nieresortowych. Ale podstawowe potrzeby zawsze rodzice zaspokajali. Spodnie nosiłam po braciach, a braciom mama szyła (bo spodni po prostu nie było

) itd.
Wakacje. Moje wakacje zawsze były super. Praktycznie całe dwa miesiace bylismy poza domem. Do 16 roku zycia jeżdziliśmy pod namioty, w wieku 7 lat pierwszy raz pojechałam na kolonie. A pozostały czas u babci na wsi. O materdeo. Jako nastolatka marzyłam o wczasach, takich z łóżkiem i bieżącą wodą. I wiecie co, jako 16 ostatni raz w życiu spałam pod namiotem. Pjechalismy razem z tatą i tydzień nie wyściubialiśmy nosa. Lało, ojcu na ryby nie chcialo sie chodzić. Mieliśmy wielki namiot 4osobowy z wielkim przedsionkiem. Rozwiesiliśmy tylko jedna sypialnie, więc tańczyć tam mozna było. Graliśmy w karty, zabijaliśmy komary, jedliśmy makaron z mielonką

Wieś mojej babci to też było ekstremum. Wschód. W tv tylko PR1, białoruski i ruski. Mycie w misce albo w rzece, wychodek za podwórkiem, drzwi otwieraly się na łąki, za łąkami rzeka, a za rzeką las. I tak rano i z wieczora człowiek sobie kontemplował przyrodę. Życie zamierało o 21. Babcia kazała nam gasić światła, bo sąsiedzi pomyślą, że się wódkę pije

Chłopaki spali w stodole. Ech.
Tak mi sie przypomnialo, jak jedna z was napisała, ze jej rodzice mieli w dupie wakacje.