kocianna
08.06.15, 23:11
"Nie chciałabym, żeby ktoś bez przygotowania pedagogicznego opiekował się moim dzieckiem na kolonii" - napisała jedna z ematek.
To ja wam wyjawię straszną tajemnicę.
Być może nauczyciele 1-3 mają jakieś przygotowanie pedagogiczne. Albo ci z Akademii Pedagogiki Specjalnej. Przedmiotowcy nie mają żadnego.
Przedmioty w ramach 220 godzin PP w moim indeksie uniwersyteckim: glottodydaktyka ogólna (wykłady), glottodydaktyka szczegółowa (ćwiczenia), 20 h praktyki pedagogicznej. Koniec. Glottodydaktyka to tak w skrócie: jak uczyć języka, żeby go nauczyć. Nauczyć jednostkę, nie klasę. Uczyć tak naprawdę nauczyłam się z książki dla nauczyciela, dodanej do podręcznika w szkole językowej.
Na uczelniach pedagogicznych podobno jeszcze są podstawy psychologii, wykłady przez rok, wg starego bestsellera Zimbardo.
Nikt na studiach nie tłumaczy przyszłym nauczycielom jak działa dynamika grupy. Jakie problemy mogą mieć dzieci. Jak działać w przypadku dziecka-ofiary przemocy (domowej czy klasowej), dziecka z powszechnymi zaburzeniami typu ADHD. Językowcom nie tłumaczy się, jakie ograniczenia mają dyslektycy. Nie mówi się, co mają robić, kiedy Staś, lat 8, się zsika na lekcji. Ani kiedy Wojtuś, lat 16, przyjdzie narąbany albo najarany. Albo kiedy Zosia wyzwie go przy wszystkich od k..ew.
Jeśli nauczyciel ma mądrą dyrekcję, to ta na wszystko wymyśli procedury (to ważne!), a oprócz tego wynajmnie dobrą firmę szkoleniową. Jeśli nauczycielowi się chce, to doczyta i nauczy się - zwłaszcza, jeśli szkolny psycholog jest rozsądny i podpowie właściwą literaturę. Jeśli wytrzyma pierwsze dwa lata, to być może uda mu się uzupełnić braki w wiedzy poprzez doświadczenie. Ale jeśli źle trafi - to biedne dzieci, biedni rodzice i biedny sam nauczyciel. Skończy z koszem na głowie.
Nie łudźcie się, że PP cokolwiek daje...