wiem, na pewno było, ale uleję sobie. wątek typowo wyżalny.
mimo całej mojej dobrej woli stwierdzam że małe psy sa glupiutkie. a ich własciciele są JESZCZE głupsi. oczywiscie nie wszyscy, ale znakomita wiekszosc jaką dane mi było spotkac.
od wielu wielu lat w sytuacjach konieczych wyprowadzam psa rodziców. pies to duży rottweiler, ważacy prawie 60kg, silny, sprężysty - ale przy tym zasadniczo grzeczny, miły i niezaczepny, nauczony posłuszeństwa, choc wiadomo - to tylko zwierzę. Wychodzi ZAWSZE na smyczy, nie spuszczam go nigdy (smycz jest automatyczna, długa, jak chce to moze sobie pobiegac, a ja go mam pod kontrolą), w "godzinach szczytu" psich spacerów w kagańcu, ale jak Bóg mi świadkiem - przestane go używac.
duże psy z reguły nas nei zaczepiają. ot powarczą z daleka, pojeżą się i tyle. ich własciciele też reagują rozsądnie - biorą psy na smycze/skracają smycze, dyscyplinują zwierzaki zawczasu, jak widza ze jest problem - albo sami odchodzą kawalek od nas, albo krzyczą z daleka i wtedy my zmieniamy trase. no problem.
małe psy natomiast są tragiczne. zaczepiają, warczą, rzucają się, jazgoczą - a własciciel nic, bo "przeciez on nic nie zrobi". no on nie zrobi, ale jak moj sie wkur...i to tamtemu zrobi i bedzie płacz.
dzisiaj juz mi sie przelało. idziemy na naszą stałą "psią łączkę", specjalnie juz po "godzinach szczytu" żeby mniej psów było i nasz sobie mógł spokojnie połazęgowac. trzeba tam przejsc kawałek chodnikiem, dość szerokim, takim na wręcz 1,5 samochodu, wiec pieszy się wygodnie mieszczą. z naprzeciwka turla sie powolutku babunia z małym kundelkiem, ledwo nad kostkę sięgającym, również juz leciwym (mordka siwiutka, nóżki trzęsące się, ledwo lezie) - oczywiscie bez smyczy. skracam mojemu smycz, przebijam na przeciwną stronę chodnika, psa pcham na trawę wzdłuż biegnącą, a sama idę dosłownie po krawęzniku - byle dystans był i babunia sie czuła bezpiecznie. kundelkowi to za mało i rusza do ataku. ledwo lezie, ledwo szczeka - ale jeży się, szczeka chrapliwie i zbliza sie do nas. komenderują moejmu "spokój i przy nodze", moj sie słucha ale jednak sie najeża. a babunia zamiast zwiekszac dystans skręca w naszą stronę, podchodzi do nas i zaczyna upominac "ale Bąbelku, daj spokój, czemu na takiego duzego pieska szczekasz, no co ty wyrabiasz, haha". Bąbelek prawie na serce schodzi i probuje mojego dziabnąć w szynkę, moj już sie naprężył, ja go pcham w pocie czoła naprzód, a babunia zastawiwszy nam drogę nawija że jej Babelek tak ma, że on jej broni przed każdym psem itd. Poprosiłam żeby z łaski swojej odblokowała nam drogę i zebysmy sie rozeszły, bo za chwilę z Bąbelka zostanie mokra plama. Babunia sie zbulwersowala, ze jak to, one na pewno by sie tylko pobawiły. ręce mi opadły i uciekłam. Bąbelek na szczęscie nas nie dogonił

doszlismy na łączkę, zwolniłam smycz, pies (w kagańcu) uprawia rajdy, ja latam za nim, a tu z krzaków wypada psinka wysokości do pół łydki i szarżuje z jazgotem. mój znowu zamarł, ja smycz skrocilam i staram sie tamtego odgonić - daremnie. z krzaków wychodzi dziewczę, ok. 16 lat z telefonem w dłoni i leniwie woła "Gaaaacus, wraaaaacaj, Gaaaaacus, choooooodz tutaj, Gaaaaacus móóóóóówie do Ciebie". i nic poza tym. stanęła jak posąg, gapi sie w telefon i nawołuje, co Gacus na w nosie i szarżuje dalej, uwijając się juz przy moich łydkach i próbując ze wszystkich sił jakos znaleźć dojscie żeby dziabnąć mojego w dupkę. obracam sie razem z psim posągiem tak żeby zablokować im dojscie do siebie i wrzeszcze do laski żeby moze jednak psa zabrała - podeszla cztery kroki i dalej nawołuje. wkurzyłam sie i zwolniłam smycz. mój wystartował do Gacusia, Gacus wystartowal do pani, a pani wystartowała do mnie z ryjem że jak tak mozna. mówię uprzejmie że przeciez prosiłam o zabranie psa, a następnym razem nie tylko zwolnię smycz, ale jeszcze kaganiec zdejmę - a jak ona wyprowadza psa nad ktorym nie panuje to powinna go na smyczy prowadzac. "ale on jest malutki, krzywdy nie zrobi!"... jak słowo daję, następnym razem strzelę Gacusiowi soczystego kopa pod ogon.
a to tylko z dzisiejszego jednego spaceru. w ciągu ostatniego tygodnia miałam przynajmniej jedną akcję dziennie, sprowokowaną przez malego psa i jego właściciela.
ludzie jednak nie myslą.