Od jakiegoś czasu pracuję. Zastępstwo. Urząd. Budżetówka. Pewna pensja. ZUS i podatki opłacone. Urlop się należy. Kasa tyłka nie urywa, ale jest.
Wkurza mnie jednak fakt, że w zasadzie nie mam co robić. Masakra. Są dni, że siedzę i przez 8 godzin nie mam fizycznie żadnego zajęcia. Próbowałam sobie jakoś zorganizować czas. Czytałam przepisy (już rzygam czytaniem przepisów, ileż można). Posprzątałam półki z materiałami biurowymi. I kurde totalny marazm.
Mam poczucie totalnej straty czasu. Jestem bardziej zmęczona niż gdybym nosiła worki w kamieniołomach

Nie umiem siedzieć na tyłku i robić nic
I teraz pytanie:
ponieważ męczę się koszmarnie, bo takie bezczynne siedzenie jest sprzeczne z moją naturą, co byście zrobiły na moim miejscu?
Zagryźć zęby i przebujać się te 7 tygodni do końca umowy?
Czy nie robić sobie takiej krzywdy i piznąć tym wszystkim?
Dziękuję za poradę.
Pewnie niektórym z Was mój problem wyda się dziwny, ale mnie naprawdę męczy praca, w której nie ma co robić