panikara_28
30.08.16, 16:04
Staramy się z mężem o dziecko, naturalnie nie ma szans, więc zostaje in vitro. Wiemy od tym już od dawna i jakoś się z tym pogodziliśmy. O staraniach do IV wiemy tylko my i tak ma zostać i o IV będziemy wiedzieli tylko my i klinika.
Kiedy ciąża? Chcecie nam coś powiedzieć? itp itd. pytają znajomi, rodzina... Jak to zwykle bywa, wszyscy mają już po minimum 1 dziecku a często kolejne w drodze. Na razie odpowiadam, że podchodzimy to tego na luzie, że bez spiny i że starania o ciążę do roku to nic niezwykłego. Oczywiście to g... prawda, bo żyjemy kompletowaniem badań, wizytami u gina a wcześniej androloga i zbieraniem kasy. Właśnie miałam podejść do symulacji, ale okazało się ze mam torbiel na jajniku i mam brać pigułki anty przez 3 tyg i potem zobaczymy co dalej, więc kolejny miesiąc w plecy co mnie nieźle zdołowało. Do tego dochodzą problemy w pracy, nie wiem jak później pogodzę wizyty na pobranie jajeczek i sam transfer. Nie jest mi lekko, mężowi też nie, bo to jego plemniki stanowią problem, mam wrażenie, że zostałam z tym sama, nie da się z nim spokojnie porozmawiać, mówi że może powinniśmy pomyśleć o adopcji... o tym że moje jajeczko mogłoby być zapłodnione nasieniem dawcy nie chce słyszeć.
Rozpisałam się, ale nie wiem jak odpowiadać na ciekawskie pytania znajomych, ni to żartem (a wy kiedy?), ni to na serio (zegar biologiczny tyka), na razie mówię: będzie czas, przyjdzie rada, ale ciśnienie mi to podnosi niesamowicie. Widujemy się sporadycznie, ale czuję się tak jakbym miała im złożyć szczegółowy raport. Nie chcę im mówić ze zbolałą miną, że nie wychodzi, bo będą pytać, czy się leczymy. Co mi radzicie (oprócz wyluzowania)?