Ematki, mam taką sprawę - uparłam się (po tym, jak wyjątkowo popłynęłam w księgarni), że do połowy miesiąca nie wydaję nic nad to, co akurat miałam w gotówce w portfelu - czyli dychę. Aktualnie zbliża mi się limit, została niecała złotówka (starczy na bułkę

), a honor nie pozwala się wycofać i kupić sobie jedzenie jak człowiek.
I teraz tak - na następne dwa dni jedzenie jeszcze mam. Potem muszę zacząć kombinować. Pomóżcie mi ułożyć jakiś sensowny obiad z tego, co mam. A mam:
Ryż.
Kaszę gryczaną.
Parę plasterków szynki.
Parę plasterków sera.
Trzy buły.
Mleko.
Resztkę płatków.
Cebulę (aczkolwiek za nią nie ręczę).
Cukier.
Trochę cytryny.
Dużo herbaty.
Kawę.
Jajka (sześć sztuk konkretnie).
Czerwoną paprykę.
Masło.
Dużo dżemu.
Nutellę.
Majonez.
Olej.
Źle nie jest, jak nic nie wymyślę to się i tak jakoś kanapkami i omletem wyżywię, no ale