Czytam wątek o biednym społeczeństwie, ale i wcześniej nie raz miałam takie refleksje.
To są jakieś jaja. Torebka to troche skóry (czy czego tam) z pustą przestrzenią w środku. Służy do noszenia tego, co niewygodnie w ręku nosić cały dzień. I tyle. Owszem, fajnie jak torebka jest ładna, podoba się właścicielce, pasuje do ubrania czy jakoś nawet jest wykończeniem stylizacji. Ale jak takie coś kosztuje tyle, co samochód czy mieszkanie, to nie płaci się za jakość, ale za markę i za, bo ja wiem, wrażenie bycia "in", za "Status", za poczucie przynależności do elity, za "światowość". W sumie to za marzenia. I ja nawet mogę to jakoś zrozumieć, ale dziwi mnie ten szał akurat na torebki. To już prędzej rozumiem wywalenie niebotycznych pieniędzy np. na buty, które są jednocześnie wygodne, seksowne i trwałe. Albo na sukienkę, która podkreśla, co trzeba, ukrywa co trzeba i ogólnie dodaje uroku. Ale taką suknię to trzeba umieć zaprojektować i uszyć. Ale setki tysięcy na torebkę? Np. taką:
To LV za jedyne $150 000 (tak!). Nie mówię, że się nie może komuś podobać, jakość pewnie też ma dobrą, ale jednak... Tyle kosztuje dom. W Ameryce.
Ktoś nam tu ostro mózgi pierze.