Weekend poświęciłam na spore porządki w ogrodzie. Walcząc z chwastami wyrwałam kilka pędów bluszczu, który mi się rozrastał w niepożądaną stronę. I tak odruchowo i bezmyślnie wsadziłam te wyrwane pędy do konewki z wodą - aby nie wyschły, i żeby je potem zasadzić w bardziej pożądanym miejscu. A że domowe zwierzaki konewkę traktują jako wodopój, to się poiły ta wodą w której siedział bluszcz. No i wczoraj się zaczęło

Najpierw 5-miesięczny szczeniak - rzyganie i wstręt do jedzenia, wręcz "leciał z nóg". Biegiem do weta, morfologia, kroplówki, kilka zastrzyków w dupsko. Wróciliśmy do domu, a dwa starsze psy identyczne objawy. W pierwszej chwili myślałam, że ktoś im jakąś trutkę podrzucił, a potem raptem do mnie dotarło, że to ja sama! Kompletna bezmyślność, ale nie przypuszczałam, że trzy pędy roślinki stojącej w wodzie mogą wydzielić z siebie taką truciznę! Dziś rano było już dobrze, apetyt i humor wrócił całej trójce, ale szczeniak będzie jeszcze dwa dni na lekach na wszelki wypadek.