beataj1
27.09.18, 14:50
Nie wiem czy kojarzycie sprawę sędziego Kavanaugh. W skrócie chodzi o to, że facet kandyduje do sądu najwyższego i pojawiły się oskarżenia, że jak był w liceum i na studiach po pijaku molestował swoje koleżanki.
W liceum ponoć po pijaku obłapiał i próbował rozebrać koleżankę, a na studiach miał podczas jakiejś imprezy miał pokazać interes i również obłapiać jakąś dziewczynę. Przy czym sama dziewczyna przyznaje, że była pijana i nie jest pewna kto był właścicielem obnażonego penisa.
I tak sobie myślę że sprawa jest bardzo niejednoznaczna pod względem kulturowo socjologicznym.
Bo z jednej strony mamy molestowanie seksualne i to w sumie powinno zamknąć temat. Ja sama skłaniam się ku polityce zero tolerancji. No, ale to mówimy z dzisiejszą świadomością tego jak szeroką kategorią może być pojęcie "molestowanie".
Ale z drugiej strony - o ile godzimy się na to, że samo zachowanie było naganne, to czy nie jest tak, że wydarzyło się w czasach, w których ono nie było odbierane aż tak negatywnie.
Chodzi mi o to, że było znacznie większe przyzwolenie na takie zachowania, zwłaszcza u nastolatków, młodzieży studenckiej. Bo umówmy, się takie dzieciaki i teraz i kiedyś mają w głowach trociny, a jeszcze jak się podleje te trociny alkoholem....
Sama mam parę niezbyt chwalebnych wspomnień z analogicznego czasu, a dziś jestem już zupełnie innym człowiekiem.
Moje pytanie zatem brzmi: czy i na ile tego typu nadużycia popełnione w czasach wczesnej młodości powinny mieć wpływ na życie dzisiejszych dorosłych? I z drugiej strony - czy umniejszając ich szkodliwość (bo to głupi pijany szczeniak był) nie dajemy niejako przyzwolenia na ich trwanie.
Ciekawa jestem waszego zdania...