takamania
30.06.19, 07:39
Pewnie powinnam dostać jakiegoś kopa z tyłek. Kiedy wydaje mi się że osiągnęłam dno , znowu przybywa kilka kg....Niby nie mam tarczycy , w pakiecie z IO i pcos. Ale w tym zestawie już kiedyś schudłam 40 kg. Wymagało to ode mnie ścisłej diety, terapii psychologicznej i trenera na siłowni. Poddałam się w momencie kiedy ważyłam najmniej, wyglądałam najlepiej, miałam najlepsze wyniki. Nie pogodziłam się z diagnozą syna (ma orzeczona niepełnosprawność, ale jest samodzielny, lubiany przez kolegów ). Kiedy on płacze ja z nim.... Potem że względu na koszty ,stopniowo rezygnowałam ze swoich terapii. Całe życie wlecze się za mną depresja , zaburzenia odżywiania i lękowe. Po tym najgorszym okresie trafiłam do psychiatry. Już wiem, że bez leków nie dam rady. Pomagają też nie myśleć obsesyjnie o jedzeniu. Za chwilę zacznie się terapia u psychologa. Na myśl o powrocie do dietyczki mam odruch wymiotny. Miałam fajna babkę , nie mialam ścisłych dań( za wyjątkiem 2,3 dni w tygodniu). Ale to zYcie z zegarkiem w ręku i mimo wszystko z kartką to udręka (udało mi się ciągnąć to 3 lata). Siłownię gdzieś tam polubiłam. Ale chodziłam bo musiałam. Chyba najgorzej jest z motywacją. Te kilka lat temu po prostu chciałam żeby przez moją otyłość syn i mąż nie byli pozbawieni aktywności. TeraZ jakoś się to udaje mi obejść. Wiem to jest festiwal wymówek. Tak i tym mówią i dietycy i trenerzy i Ci którym udaje się utrzymać dobrą kondycję ( nie pisze o wadze bo szczupłe osoby z kiepskimi wynikami teZ chodziły do mojej dietyczki). Nie wiem czy zostaje mi tylko bariatria? Ale tam przecież też nic człowiek na tacy nie dostaje. Budzę się rano i śniadanie mam ogarniete. To jedyna rzecz, która mi została z dobrych czasów. Reszta to dramat....Nie wiem od czego zacząć...