Posypalo mi się wszystko na raz. Praca się właśnie skończyła i nie mogę znaleźć następnej równie dobrej (byle jaką znajdę, nie martwię się o to), ostatnia wizyta u mamy pokazała mi dobitnie, że dla niej jestem nikim, obcym człowiekiem... (może to początki jakiejś demencji czy coś, ale nasze relacje nigdy nie byly super serdeczne). A dla męża jestem wręcz wrogiem. Miałam niedawno propozycję pracy wyjazdowej, na kilka tygodni, za dobre pieniądze, ale blagal, żebym jej nie przyjmowała, że on nie da sobie rady beze mnie. A teraz są awantury o pierdoły i takie słowa, których nikt nie powinien słyszeć. I już ich nie zapomnę.
Mam ochotę ze sobą skończyć, bo nie mam dla kogo i po co żyć. Dzieci nie mamy, innej rodziny też nie.
Nic sobie oczywiście nie zrobię, bo jestem tchorzem, i jeszcze mam jakąś tam nadzieje na poprawę losu, ale w sumie nie wiem na jakiej podstawie

jednak prawda jest taka, że gdybym umarła, nikogo by to nie obeszło na dłużej niż parę dni czy tygodni. I tak kiedyś to nadejdzie, ale świadomość, że dla nikogo nie jest się całym światem, jest okrutnie bolesna.
Potrzymajcie kciuki czy cos. Nie wiem co może pomóc.