Wiem, zmyjecie mi glowe, ale serio, nie wiem, jak to ruszyc.
Syn ma 21 lat i jest na kierunku studiow, o którym zawsze marzyl. Wlasciwie od kiedy skonczyl 16 lat. Robi teoretycznie to co lubi. Wypytywany o plany na przyszlosc, twierdzi, ze chciałby zostać na uni i kontynuować karierę naukowa (domyślam się ze doktorat etc plus projekty naukowe).
A teraz o tym co mnie martwi:
- to wszystko sa jedynie deklaracje, ponieważ nie robi w tym kierunku zupełnie nic. Studiuje w kraju, którego jezyka nie zna (studia w EN), twierdzi ze chce tam zostać. W kwestii studiow: uczy się dobrze, ale tez: robi jedynie to, czego wymagają np. napisac prace pisemna, zdac egzaminy. Nie zakrecil się wokół zadnych projektów tematycznych ponad to, co przewiduje program, nie wie, czy uniwerek oferuje jakies stypendia i na jakich zasadach, Erasmus – tak, slyszal, ale jemu tu dobrze.
- w nadchodzącym roku akademickim nie będzie miał zadnych zajec. Jedyne co musi zrobić to: napisac prace licencjacka i zaliczyć praktyki zagraniczne. Z licencjatem jest opóźniony nie z własnej winy, covid spowodowal, ze czesc zajec praktycznych się opoznila, praktyki zagraniczne tez jeszcze zeszłego lata były średnio możliwe (uniwerki z powodu ograniczen w podróżowaniu miały dosyć ograniczona oferte). Sytuacja jest zatem taka ze formalnie jest studentem, ale te dwie rzeczy IMHO nie zapelnia mu całego roku. Pytam o plany: „no przecież on studiuje”.
- jego stosunek do pieniędzy. Dostaje od nas pewna sztywna kwote na utrzymanie. Raczej tyle, ze na jedna osobe powinno wystarczać. Nigdy nie narzekal ze jest to za mało, ale bywaly już sytuacje, kiedy przyimprezowal albo wydal na głupoty i pod koniec miesiąca jechal na ryzu z warzywami. Nie uwazalam za stosowne interweniować, bo uważam, ze zarzadzac pieniędzmi powinien się nauczyć. Jak nie stanie przed wizja scarce resources to się nie nauczy.
- teraz sa wakacje, przebywa u nas czyli we wlasnym domu. Niby miał gdzies jechać, ale cos mu nie wyszlo. I teraz będzie o jego stosunku do domu rodzinnego. Jego egzystencja w domu sprowadza się do … bycia. Poproszony o zrobienie konkretnej rzeczy, zrobi. Natomiast własnej inicjatywy nie wykazuje. Był w domu już od dwóch tygodni w momencie kiedy my przyjechaliśmy z wakacji. Byliśmy po długiej drodze samochodem (12-godzinnej). W domu nie było absolutnie nic do jedzenia (nic czyli kromki chleba z masłem). Pytam się, czy jest cos do picia. Syn rozkłada rece. „Ale co? Nawet butelki wody mineralnej nie ma?” „Możesz się napic z kranu”. „A nie mogles kupic?”, „Nie zostawiliście pieniędzy”. …. No trochę mnie przytkało, bo zgrzewka wody to raczej nie majatek, a on mieszkając z nami, raczej swojej kasy (tej która dostaje co miesiąc od nas) nie wydaje, wiec czy to rzeczywiście taki problem. Zaobserwowalam, ze on rzeczywiscie podczas pobytu w domu bardzo pilnuje rozliczen z nami. Np. „wydalem na Wasze składniki do obiadu” (jakos generalnie ten obiad robimy dla wszystkich, ale jak widać składniki sa nasze). Mam wrazenie, ze to jest chyba jego sposób na wygenerowanie jakichs oszczednosci na przyjemnostki po to, aby nie dochodzilo do sytuacji, ze po zaimprezowaniu nagle brakuje mu do pierwszego. A zatem: ma jakies tam dodatkowe potrzeby na kase (imprezy), ale zamiast proaktywnie pomyslec, jak zorganizować sobie dodatkowa kase, kombinuje w ten sposób (czyli znowu bierny).
- trochę o charakterze syna: nie jest konfliktowy. Poproszony, raczej cos zrobi niż będzie się klocil. Przy czym niestety czasem „na odwal się” (bo moze się odczepimy). To co mnie martwi to to, ze on jest taki życiowo bierny. Plynie z pradem. Cos spadnie z nieba, to wezmie. Ktos zaproponuje udział w przedsiewzieciu, ktore mu się podoba – OK. Natomiast własnych pomyslow zero. Kierunek studiow jest jego pasja. To widać, bo jak zaczyna opowiadac o niektórych zajęciach, to mu się oczy swieca. Ja zresztą bardzo lubie sluchac, bo w zyciu nie dowiedzialabym się takich rzeczy o swiecie w trakcie własnych podrozy. Ale nie robi nic żeby jakos się w te naukowe rzeczy wkrecic, w każdym bądź razie nic ponad program. Nie rozumie, ze aby zostać na uni, będzie pewnie musial czyms się wykazac.
- aha, i jeszcze jedno, bo pewnie to pytanie się pojawi. Kierunek studiow nie daje kokosow w przyszłości, ale pozwala na godna egzystencje. Syn jest tego swiadomy i jest z tym OK. Ja bardzo się pilnowałam, żeby wyboru kierunku studiow dokonal sam, a nie pod naszym wpływem. Nie wysuwalam tez zadnych argumentow ekonomicznych. Robilam to, bo mam zupełnie przeciwne doswiadczenia z własnego domu rodzinnego i średnio na tym wyszłam. Z perspektywy osoby 50letniej (prawie) uważam ze dużo fajniej wykonuje się zawod, który się lubi, a nie który tylko i wyłącznie daje dobre pieniądze.
Czemu to wszystko pisze?
Bo szukam recepty, jak go usamodzielnić. Chcialabym, żeby za 2-3 lata stal na własnych nogach i był w miare niezależny finansowo. Raz, bo uważam ze to nie sa oczekiwania z kosmosu wobec 24 latka. Dwa, ze serio nie mam chyba ochoty go już na tym etapie utrzymywać. Nawet teraz – gdy codziennie wychodzę do pracy – a jednocześnie widze, jak jemu czas przecieka przez palce, to czuje się trochę jak frajerka.
Nie chce chyba rzucac go na gleboka wode i po prostu odcinać brutalnie, ale teksty typu „nie zostawiliście kasy. Jest woda w kranie” powodują, ze czasem mam ochote zrobić to natychmiast.
Jednoczesnie uważam, ze w zakresie wedki dostal naprawdę sporo: miedzynarodowa matura, plynne dwa jezyki obce na starcie, na zajecia dodatkowe chodzil takie, jakie chciał; swiata zobaczyl sporo, zanim opuscil dom rodzinny.
Jak to zrobić drogie Bravo?
Oraz co po drodze spieprzylam? Pokornie czekam na biczowanie