asia_i_p
22.09.22, 13:36
Jestem w szkolnym zespole do sprawy dostosowywania prawa szkolnego do prawa oświatowego.
Spędziłyśmy godzinę dzisiaj, próbując jakoś dostosować zalecenia pań wizytujących do szkolnej rzeczywistości.
Zalecenia: w dzienniku można wpisywać wyłącznie oceny, żadnych +/-, żadnych nb (nieobecny), żadnych procentowych wyników diagnoz.
Rzeczywistość: dziennik uczniom oceny wyświetla w formie listy podzielonej przecinkami. Dopóki nie mają wpisu, nie wiedzą, że dana kartkówka czy sprawdzian po prostu był. Podobnie z wynikami diagnoz - ja mogę pozwolić uczniowi zrobić zdjęcie, mogę pozwolić nawet zabrać pracę do domu (co nie zwalnia mnie z obowiązku jej przechowywania, więc mam ją równocześnie dać i mieć, ale w porównaniu z resztą absurdów to już raczej drobiazg), ale uczeń ją rodzicowi moze pokazać lub nie pokazać, na co ja już wpływu nie mam.
I koronna sprawa: panie zostawiają te światłe zalecenia i k...wa znikają. Żadnej dyskusji, żadnych pytań. Za parę tygodni ktoś wpadnie sprawdzić, czy wypełniliśmy, jak nie wypełniliśmy, to znowu żadnej dyskusji tylko skarga do organu prowadzącego.
I to nie jest pierwszy raz, kiedy działalność kuratorium zmierza do pogorszenia jakości mojej pracy. Poprzednie były, kiedy w ramach sprawdzania wdrażania kompetencji kluczowych panie jeździły i odfajkowywały, czy do wszystkich się odnosimy w obrębie jednej lekcji, i kiedy ja usiłowałam namówić uczniów do łączenia się online, a w tym czasie kuratorium, na szczęście nie moje, publikowało informację dla uczniów, że absolutnie nie mają obwiązku łączyć się online.
Zamiast się zająć sprawdzeniem podstaw - czy każdy uczeń ma dostęp do kibla i ciepłej herbaty, jest uczony, nie jest upokarzany, ma sensownie ułożony plan - to one pilnują żebym nie wpisała procentowego wyniku próbnej matury w dzienniku. I to za to dyrektor może nawet wylecieć.