Ni prawie t0 bo w tym roku kończę 49...
Chwale się i smutek trochę...
W kwietniu zmarła moja mama moja bohaterka

((
Od maja zaczęłam więcej się ruszać z nadzieją na pozbycie się zwisków pod pachami, odnalezieniu talii (gdzieś się wcisnęła pod żebra i tłuszczyk).
I przyznam że mi wychodz, ruszanie się. Polubiłam rower, baaardzo 54km to mój rekord po 30 basenach rano!!!! Chodzę raz, dwa razy w ty na bsen ( 30 dlugości) w lipcu przerwa urlopową z fitnessem ale q sierpniu wracam również tam.
Sedno, talii nadal brak, zwisa jak były tak są, obwody się nie zmniejszyły ale....wydolność mam o niebo lepszą ( aktywną 40 latkę na łeb biję na rowerze

) I to mnie cieszy i w sumie wystarczy. Tylko tak sobie myślę, gdybym mogła i miała takie warunki czasowe i finansowe 10 lat temu to teraz i figura i formą byłaby super. I trochę mi smutno..I jeszcze, ale to temat na grubą psychologiczną rozkminę...
Mam dziwne wyrzuty, niesmak, poczucie winy że coś mi sprawia przyjemność kiedy....mama umarła ( tak jakbym na to czekała z zajęciem się sobą) a córka moja kochana jest nieszczęśliwa...Ciężko się cieszyć z rzeczy nawet małych kiedy bliskim jest źle. Wiem, zadbaj o swój dobrostan a bliskim będzie lżej...