Czwórka dzieci 8-10 lat bawi się na placu zabaw. Rodzice (w tym ja) siedzą kilka metrów dalej, zajęci swoimi sprawami (telefonami, czytaniem książki, wystawianiem twarzy do słońca na leżaku), tylko mama jednego z chłopców siedzi z dzieciakami. Dzieci ani rodzice się nie znają, po prostu spotkali się na placu zabaw.
Jest tam ogromna góra piachu i kran z wodą. Dwie dziewczynki chcą budować tamę, żeby utworzyło się jeziorko, dwóch chłopców chce mieć jak najdłuższą rzekę, a więc tama wykluczona, woda ma płynąć dalej. Zaczynają się kłócić, dziewczynki uparcie zaczynają budować tamę, ale jedna z nich odchodzi, bo woła ją mama. Na placu boju zostaje druga dziewczynka (moja córka), która uparcie buduje tamę, jeden z chłopców zaczyna na nią wrzeszczeć, że jest "śmieciarą" i ma nie budować tamy, bo oni chcą rzekę, w końcu wskakuje na tamę i ją niszczy.
Córka przybiega do mnie z płaczem.
Pytania mam takie: do kogo powinnam się odezwać z interwencją, do chłopca czy jego mamy, która siedzi obok?
I co mu/jej powiedzieć? Nie wrzeszcz na moją córkę, nie wyzywaj jej i nie rozwalaj jej tamy - to jasne. Ale co do meritum nie ma chyba dobrego rozwiązania, każde z nich chciało się bawić w sposób, który wykluczał zabawę drugiego dziecka, więc nie mogę im powiedzieć - wypracujcie kompromis, bo to niemożliwe. Oczywiście chciałabym obronić moją córkę, ale sprawiedliwość we mnie pika, że on też ma prawo do swojej rzeki, nie tylko ona do tamy.
Mamy spór w rodzinie, jak powinnam była zareagować, więc liczę na zbiorową mądrość emamy