ibulka
30.04.05, 22:42
Szłam sobie dzisiaj do sklepu, Dzieci zostawiłam z mężem... Przechodziłam
przez plac zabaw... W pewnej chwili usiadłam na ławce i zaczęłam sprawdzać,
czy wszystko kupiłam. W pewnej chwili podbiegł do mnie mały chłopczyk w
dżinsowych spodenkach na szelkach... Blondynek... Miał Zespół Downa...
Popatrzyłam na Niego. Trzymał w rączkach gałązkę drzewa. Dał mi ją. Za nim
przybiegła jego Mama. Trzymałam Go za rączkę i uśmiechałam się do Niego. Jego
Mama krzyknęła, żebym przestała, bo On jest chory. A ja na to, że nie jest
chory, tylko ma wadę. Mama popatrzyła na mnie jak na Kosmitkę. A Chłopczyk
miał na imię Piotruś. Zabrał mnie na kocyk. Siadłam z nim i bawiłam się z nim
trawą. Łaskotał mnie po twarzy, a po chwili przytulił mnie. Przytuliłam Go
mocno... Jego Mama popłakała się. Powiedziała, że nigdy nie widziała takiej
reakcji na Jej Synka. Ja też się popłakałam. Piotruś jest cudownym chłopcem i
jak tylko przeprowadzimy się (to już jutro) na dobre, to zaproszę Ich na
kawę. Nigdy nie czułam takiej sympatii do obcego Dziecka... Jak Piotrek się
do mnie przytulił, to przepłynęła przeze mnie wielka dawka energii... Ja po
prostu czułam się tak, jakbym przytulała własne Dziecko. To było cudowne
uczucie.