Jakby kto wszedł do nas do domu, to by się pewnie przeraził. Po całym domu
porozwalane zabawki dzieci, bo nie nadążam za ich zbieraniem, a samych ich w
ich pokoju nie zostawię, bo to na piętrze i wiecie sami... Małżonek mój od
dzisiaj rana nie wyściubił nosa z wyrka, bo orzekł iż ma katar, boli go głowa
i ogólnie jest chory, na pewno to zapalenie płuc. Po gruntownych oględzinach
ustaliłam, że to zwykłe, najzwyklejsze przeziębienie. W każdym razie małżon
życzył sobie kawy. Zrobiłam, zaniosłam po schodach. Małżon stwierdził, że
chciał bez mleka, więc zeszłam na dół, kawę wylałam gdyż sama ochoty nie
miałam, zrobiłam nową i zaniosłam. Małżon jęknął, że jednak mogę przynieść
tamtą z mlekiem. Wkurzyłam się, i zaniosłam mu kubek, łyżkę, czajnik z
wrzątkiem, kawę, mleko, cukier, sól, cytrynę i jabłko, życząc powodzenia.
Dzieci nasze wyglądają jak dzieci wojny i okopów. Synek spadł z krzesełka i
rozwalił wargę, starsza córka przyłożyła młodszej córce w oko. Sama ma nóżki
pokryte strupkami po rozdrapanych bąblach, w jej języku - "tomajach". Pies
dyszy z gorąca pod ławą.
Ogólnie jest OK, radzimy sobie i panujemy nad sytuacją

) Nie jest tak źle,
jak wygląda. Po prostu musiałam się wygadać

)