tynia3
22.08.05, 19:26
Wybrałyśmy się z koleżanką na zakupy do sklepu z rzeczami dla dzieci. Sklep
ma 3 spore stopnie przed wejściem. Wjechałam pierwsza (wózek typy parasolka,
więc luzik) z moim synem, a za mną przeszkody w postaci rzeczonych stopni
usiłowała pokonać koleżanka. Miała trudniej, bo wózek głęgoki. Nie bardzo
mogłam jej pomóc, bo jestem w 6 mies. ciaży, więc postanowiłam zwrócić się do
obsługi. Ponieważ pan był zajęty sprzedażą, uśmiechnęłam się do jedzącej loda
ekspedientki i mówię: "Przepraszam, czy mogłaby pani pomóc koleżance nadnieść
wózek?". Ona na to...: "Koleżanka sobie radzi" ;-O. Zatkało mnie, ale
odpaliłam: "No wygląda na to, że nie ma wyjścia". "No nie ma" - usłyszałam
(plus mlaśnięcie jęzorem po lodzie). Wrrrrrrr. Zatrzęsło mnie, bo ja naprawdę
proszę o pomoc w ostateczności. Nie fukam przy tym, nie prycham, nie uważam,
że mi się należy, nie pcham się bez kolejek, etc. Na końcu języka
miałam "Rusz się kobieto i zostaw tego loda, to może Ci tyłek zmaleje", ale
ugryzłam się w język. Przy wyjściu spytałam tylko głosno koleżankę "Aniu,
poradzisz sobie? Bo pani Ci na pewno nie pomoże."
Gdyby pracowała u mnie, poleciałaby na pysk.
Przepraszam, ale musiałam.
pzdr