Chcę się z Wami podzielić tym, co dzisiaj przeżyłam. Po pierwsze: mój mąż
pojechał dziś z Szymkiem do W-wy, gdzie młody jutro będzie przyjęty na
odzdział okulistyki w CZD. Myślami jestem z nimi i bardzo to przeżywam,
oczywiście w granicach rozsądku, żeby nadmiernym przeżywaniem nie zaszkodzić
córeczce, z którą zostałam w domu. Przyszłam dziś z pracy, wysłuchałam
relacji niani, jak minął dzień i o której chłopaki pojechały. Utkwiło mi, że
Agatka nie była na spacerku, więc chciałam z nia wyjść, co też po zjedzeniu
zupy i odzipnięciu sobie uczyniłam. Młoda chciała do Mc Donald'sa na "flytki
i kałapke". Po kilkuetapowym przygotowaniu do wyjścia i dwukrotnym wracaniu
do mieszkania np. po portfel, telefon, itp - wyszłyśmy. Przez nieobecność
męża i synka jestem jeszcze bardziej spięta niż zwykle, no źle mi, serio. Nie
chciałam, żeby Agatka to bardzo odczuwała i poświęciłam jej całą uwagę,
wybierałyśmy też oprócz jedzenia zabawkę a następnie byłyśmy niezwykle zajęte
zabawą, aż uznałam, że pora wracać do domu (byłyśmy pieszo, miałam wózek).
Nie wiem jak to się stało, zaczęłam ustalać, gdzie mam klucze do mieszkania
jeszcze przed drogą powrotną. Coś mi nie grało. Przetrząsnęłam wszystko kilka
razy - kieszenie, torbę, wózek. NIE MA KLUCZY. Mąż z jednym dzieckiem i
kluczami w Warszawie. Ja z drugim dzieckiem i bez kluczy w rzeszowie, robi
się coraz zimniej

. Musiałam zgubić po drodze - robi mi się słabo. Dzwonię
do męża i ustalam z nim, czy będzie w stanie mi jakoś te klucze podać,
przesłać kurierem, ewent. (zostawiwszy Szymka u rodziny) sam przywieźć?
Dzwonię do ojca i zapytuję, czy nie ma kogoś tam na podorędziu, kto sprawnie
włamałby mi się do mieszkania. Uprzedzam go, że nie życzę sobie epitetów pod
moim adresem, tylko konstruktywnej pomocy. Oczyma wyobraźni widzę, jak mimo
jakiegoś tam zastępczego dachu nad głową (pewnie poszłabym do koleżanki z
sąsiedniej klatki) nie przesypiamy z Agatą nocy. Koleżanka, o której myślę,
że nas przenocuje nie odbiera komóry - zero kontaktu. Wracam z młodą w wózku
do domu tą samą trasa, gapię się na chodnik, może gdzieś te cholerne klucze
leżą (wcześniej obsługa mc donaldsa przeszukała kosz z odpadami, do którego
wrzucałam "nasze" śmieci. Ustalam z mężem, że prześle klucze nocnym
pociągiem

. Ustalam z ojcem, że przyśle mi jakiegoś włamywacza do tych
nieszczęsnych drzwi z blokadą antywyważeniowa

. Komunikuję córce, że mamusia
jest głupia i nie mamy dziś swojego domku. Za cholerę nie pamiętam, gdzie
wsadziłam klucze po zamknięciu mieszkania. Jest mi gorzej niż źle i zaczynam
powoli gonić w piętkę, tylko poczucie odp. za dziecko trzyma mnie jeszcze w
pionie. Wysłuchuję od ojca (przez telefon) klasykę, czyli że do niczego się
nie nadaję, że nie powinnam wychodzić z mieszkania, itp. Nie śmiem marzyć, że
znajdę moje klucze w drzwiach mieszkania. docieram do naszego bloku i w
pierwszej kolejności dzwonię domofonem do mieszkania mojej koleżanki, której
najwyraźniej nie ma w domu. No to do sąsiadki z ósmego, mieszkającej nade
mną. Już przez domofon komunikuję, że nie chodzi mi tylko o pomoc przy
wniesieniu wózka, ale o przenocowanie. Sąsiadka zjeżdża do mnie na dół windą,
w międzyczasie dzwoni na komórkę wściekły ojciec, gdzie ja k...wa jestem i
czego nie odbieram kom. (z nerwów cos tam zmieniłam w ustawieniach i od razu
wł. się poczta głosowa). Okazuje się, że przez minutę słuchałam przez telefon
obelg ojca, który stał na zewnątrz przed moją klatką, dzieliły nas tylko
zamknięte dzrzwi wejściowe

. Z sąsiadką, wózkiem, Agatką i ojcem wjeżdżam na
moje siódme piętro, przymierzamy się już do robót "włamaniowych", niebawem
przyjedzie fachowiec. Dzwoni telefon ojca, oto jakiś tam pan Gienek czy
Zdzisiek już podjechał pod moją klatkę i pyta, czy będzie jakieś źródło prądu
do podłączenia jego wiertarek udarowych i in. okropnych narzędzi. Wysiadam z
windy na siódmym jako pierwsza. W półmroku (światło tylko w windzie) wydaje
mi się, że widzę moje klucze w zamku od drzwi mieszkania. jednak myślę: zbyt
piękne, żeby było prawdziwe. A jednak. Świecę światło na klatce schodowej.
KLUCZE SĄ. Włożone w zamek, całe i zdrowe. Nawet ich nie przekręciłam

.
I kto mi teraz moje drogie powie, że głupi to nie ma szczęścia?!
Trzymajcie proszę kciuki za mojego Szymka - niech operacja się uda i niech
jak najszybciej wraca z tatą do domu. Oczywiście z kluczami

.