igielka6
26.06.06, 14:48
Z góry uprzedzam, że będzie przydługawo, bo chcę jak najdokładniej
przedstawić sytuację. Poza tym temat też już oklepany. Ale ponieważ dotyczy
mnie osobiście trudno mi spojrzeć z dystansu.
Jakiś czas temu rozpoczęłam wątek pod tytułem "izolować toksyczną babcię?".
Poruszyłam w nim problem, jakim jest zachowanie mojej mamy w stosunku do mnie
i mojej rodziny. Sytuacja była tak napięta, że wylądowałam u psychiatry w
obawie, czy nie nabawiłam się depresji poporodowej. On stwierdził, że jeżeli
ktoś wymaga leczenia, to nie ja i powinnam odizolować od siebie i mojej
rodziny swoją matkę, bo inaczej zatruje nam życie.
Dla niewtajemniczonych postaram się pokrótce i od początku.
Moje małżeństwo trwa już siódmy rok. Tylko przez pierwsze kilka msc
mieszkaliśmy z moją mamą, ponieważ mieszkanie, do którego się wyprowadzaliśmy
było w trakcie remontu. Na szczęśie tylko kilka msc, bo to było nie do
wytrzymania. Moja mama próbowąła oczywiście we wszystko ingerować. Jaki
proszek powinniśmy kupować, jak włączać pralkę, co jeść, czego nie kupować
itd. Nie pomijając, że na każdym kroku słyszałam, że jestem beznadziejną żoną
i mąż na pewno niedługo ode mnie odjedzie (jak widać przetrwał 7 lat).
Potem był spokój. Pierwsze dziecko urodziłam dwa lata temu i od samego
początku zajmowałam się nim sama. Na piersze tygodnie przyjechała do nas
teściowa, ponieważ miałam cesarkę i lekarz zalecił się oszczędzać, a ona nie
pracowała już wtedy i pierwszy wnusio, więc sama radość. Potem zostałam sama
i nigdy nie prosiłam o pomoc. Wszystko układałam tak, żeby nie musieć małego
nikomu podrzucać. Zabierałam go ze sobą dosłownie wszędzie. Nawet do lekarza,
czy fryzjera. Na szczęscie był na tyle "dobrym" dzieckiem, że najzwyczajniej
w świecie wtedy spał w wózku. Babcie - moją mamę - znał tylko z niedzielnych
obiadków. Nigdy nie zaproponowała, że zabierze go na spacer, czy coś w tym
rodzaju. O przepraszam, zrobiła tak raz w sobotę, ale wróciła po 30 min, a
płacz małego słyszeliśmy już przez balkon. Taki układ był dla mnie, jak
najbardziej normalny. Może tylko dziwne mi się wydawało, że nie ma potrzeby
więcej czasu spędzać z wnuczkiem (też jej jedynym).
Gdy mały miał 8 msc, okazało się, że jestam w 2 ciąży. Lekarka kategorycznie
zabroniła mi dźwigać. Powiedziała, że źle się to może skończyć dla mnie i dla
dziecka (zwżywszy, że poprzednia cesarka była niecały rok wcześniej). Mąż
porozmawiał z moją mamą i porosił ją, żeby mi trochę pomagała w ciągu dnia,
bo mały już całkiem sporo ważył. Ona się zgodziła, ale tylko raz przyszła i
dowiedziałam się wtedy, że jestem leniwa i przy własnym dziecku nie che mi
się robić i szukam służących. W 6 msc ciąży wylądowałam w szpialu na
podtrzymaniu i siłą rzeczy mama musiała poniekąd się zająć małym (teściowa
mieszka na drugim końcu Polski), nie mialiśmy opiekunki. No i czywiście mama
nie mogła odmówić, bo co by ludzie powiedzieli (w jej mniemaniu).W szpitalu
odwiedziła mnie tylko raz, żeby powiedzieć, że teraz to już jakość mi pomoże.
Po powrocie do domu przekonałam się, że bardziej niż pomagać,mama chce
rządzić. Wytrzymałam tydzień w nadziei, że jakoś się to ułoży, a potem
powiedziałam, że dziekuję i zatrudniliśmy opiekunkę. Mama oczywiście się
obraziła.
Po porodzie ponownie przyjechała teściowa, a po jej wyjeździe mama
zaproponowała, że chętnie mi pomoże. I ponownie okazało się, że do pomocy
jest ostatnia, a do rządzenia pierwsza. Mało tego codziennie znalazła powód
do kłotni i pretensji. A to w kuchni bałagan i kawy nie ma gdzie wypić, a to
spodenki, ktore przygotowałam dla małego beznadziejne, bluzka też, o butach
nie wspminając. Kremem go nie nasmaruje, tego mu nie założy, a w ogóle, to
dlaczego jeszcze nie gotowy do paceru (zapomniałam dodać, że jej pomoc
ograniczyła się do "wyprowadzania" małego na spacer i to o czasie, jaki ona
uznawała za stosowny. Sytuacjastawała się coraz bardziej napięta. Mama
pozwalała sobie coraz więcej, zaczęła mnie poniżać i krytykować przy dziecku,
zmieniać ustalone mu przeze mnie i męża tzw. "granice", a na jakąkolwiek
uwagę, czy prośbę, reagowała ubliżaniem mi i wyśmiewaniem mojej głupoty
(wszystko oczywiście przy dziecku). W międzyczasie byłam u wspomnianego
wcześniej psychiatry, ale postanowiłam dać jej jeszcze szansę. W końcu to
matka. Pomyślałam, że może jak będę bardziej stanowcza, to w końcu zrozumie,
że nie ma sensu. Nie liczyłam, że się zmieni.
Miarka się przebrała, gdy moja kochana parka się rozchorowała jedno po
drugim ,a w międzyczasie my z mężęm. Po weekendzie mama pojawila się, jakby
nigdy nic z pretensjami, że mąż nie pjechał na działkę jej skosić trawy, bo
zaprosiła gości na grill (nawiasem mówiąc mąż po kilkudniowej delegacji
wrócił do domu w piątek w nocy, a w sobotę obudził się z goroączką, a ja sama
od poniedziałku z choraczkami).
To jeszcze przetrawiłam. W ubiegłym tygodniu mała miała gorączkę trzydniową.
Zbiegło się w czasie z upałami i był po prostu koszmar. Całymi dniami
płakała. Jak tyko zasnęła budziła się z gorąca. Na rękach przysypiała i
płakała, bo aż się do mnie kleiła, w łóżeczku nie mogła zasnąć, bo chciała
się przytulić. Istny horror. Mama oczywiście ani raz nie zapytała, czy może
jakoś pomóc. Zjawiała się regularnie o 10, żeby małego zabrać na spacer, a o
13 już jej nie było. Oczywiście pretensje, że mały nie ubrany, dlaczego nie
dałam mu jeszcze drugiego śnidania, biedne głodne dziecko. A że mała ryczy,
to oczywiście nie widziała. Dlaczego zupki mu nie ugotowała itd.
Powiedzialam, żeby kupiła mu taką w słoiczku, to ona, że się do sklepu nie
wybiera. No to mówię, że zje mleko, albo kaszkę z musem owocowym. No to znowu
jestem nienormlna, zeby takie rzeczy dawać dziecku na obiad. No to mówię, w
takim rzie pójdzie spać głodny i oczywiście jestem popierdziel.....
W piątek już nie wytrzymałam. Ja wieszam pranie, mała ryczy, bo zmęczona i
jeszcze trochę gorączkuje, mały nudzi, bo chce już iść na spacer, ale
jeszcze nie wyszedł, bo babcia nie przebierze mu ubranka, bo nie jest moją
służącą, a poza tym nie widzi takiej potrzeby i co z tego, że się obsikał,
jest ciepło, to zaraz wyschnie...Ja latam, jak z piórem, zrobić im picie,
jedzonko dla małej, jeszcze pieluszki, pranie rozwiesić na balkonie, w końcu
się ubrać i wyjść na spacer (i tak gorąco, a mała w wózku zaśnie). A babcia
siedzi i pogania, ona chce już wyjść, jak chcę go przebierać, to szybko, bo o
której oni wyjdą, gdzie jest smoczek małej, bo płacze. Mówię, że mała od
tygodnia nie używa smoczka i znowu jestem nienoramlna. myślę sobie matka
matką, ale to jest szczyt. i mówię do niej : "Mamo dziekuję Ci bardzo za
wszelką pomoc, jakiej mi udzeliłaś, ale teraz proszę ubierz się i idź już do
domu. Jestem zmęczona twoją krytyką i pretensjmi. Od poniedziałku możesz nie
przychodzić, dam sobie radę sama". A to pewnie ciśnienie złe, albo mam okrs
dostać, co ja pieprz...(wsszystko przy małym, który ją odpycha i mówi: "Baba
nie" - czytaj: Babcia nie krzycz na mamę). Powtarzam jeszcze kilka razy to
samo, coraz dobitniej, ale bez skutku. Siedzi, jak siedziała. Siłą jej nie
wypcham za drzwi, mały i tak już wyje, więc dałam za wygraną.
Dziś rano wszystko wcześniej przygotowałam - mała na szczęście już zdrowa - i
wyszłam z domu zaraz po 9. Zrobiłam zkupy w osiedlowym sklepiku i usiadłam z
małym na ławce w cieniu, żeby dać śniadanie. Maleńka zasnęła w wózku.
Telefon. mama. Gdzie jestem i dlaczego mnie nie ma w domu, ona stoi pod
drzwiami. Mówię, że na spacerze i że miła nie przychodzić. Ale przyszła, chce
jej się sikać i pić, żebym ją wpóściła do mieszkania do łazienki. No cóż.
Wróciła z łazienki, my się bawimy w piasku, a ta ani myśli iść do domu. I
zaczyna od nowa. Niech on nie siedzi w słońcu - a siedzi w cieniu, tylko
część pieskownicy jest w słońcu i jak jeździ samochodzikiem, to siłą rzeczy
przechodzi przez "słońce", a małą do cienia trzeba przes