asiam10
01.08.06, 01:31
Warszawa Rembertów, osiedle AON. Do niedawna spokojne, ciche miejsce. Bez
pędzących samochodów i komunikacji miejskiej. Miesiąc temu na prośbę wielu
mieszkańców uruchomiono połączenia ZKM ulicami Topograficzną, Frontową i
Czerwonych Beretów. Przebudowano ulice- poszerzono, położono nowy asfalt,
zmieniono rozkład ulic z pierszeństwem przejazdu.
I zaczęło się- najpierw codzienny hałas autobusów, pisk hamujących kół na
skrzyżowaniu Republikańskiej i Topograficznej (zmiana pierszeństwa). A
niedawno także wyścigi młodych, głupich, nieodpowiedzialnych gó..arzy. I tak
do dziś...
Poniedziałek, około 23-ciej. Jestem w kuchni, której okna wychodzą na ulicę
Topograficzną. Słyszę ryk silników, za chwilę gwałtowne hamowanie, bardzo
długie i łomot, huk. Pomyślałam- stłuczka, znowu się ścigali ale tym razem
rozbili samochody. Coś mi jednak nie pasowało- nie słyszałam brzęku
tłuczonego szkła, gniecionej blachy. Wyjrzałam przez okno- niewiele
widziałam, bo stojące między blokiem a ulicą garaże zasłaniają widok.
Zobaczyłam tylko, że jakiś samochód gwałtownie cofa i usłyszałam drugi szybko
ruszający. Jakiś chłopak, przy chodniku który widać z mojego okna,
zdenerwowany krążył w kółko, gdzieś dzwonił. I nagle zbierają się gapie.
Mnóstwo ludzi. Przyjeżdża straż, karetka jedna, druga, trzecia. Wiedziałam
już, że stało się coś strasznego. Przyjeżdża policja. Karetki odjeżdżają na
sygnale. Nie wytrzymaliśmy- mąż poszedł dowiedzieć się co się stało. Już wiem-
zrobili wyścig, jeden stracił panowanie nad samochodem, potrącił cztery
osoby. Młodą dziewczynę wbił w drzwi garażu. Od sąsiadów wiemy, że jest w
stanie krytycznym, ma zmiażdżoną miednicę. Drugi, który się ścigał uciekł,
nawet nie wezwał karetki. Na szczęscie jakiś świadek zgodził się rozmawiać z
policją i pomóc im- widział uciekiniera i jego samochód. Od sąsiadów wiemy
też, że to nie pierwszy raz kiedy doszło do zderzenia w trakcie wyścigów.
Nagminnie ścigają się też w okolicach ronda na ulicy Frontowej. I nie są to
dwie czy trzy osoby, tylko kilka różnych małych grupek ludzi, którzy tak
spędzają wolny czas. Siedzę i tak myślę, że może znam tych ludzi- i
poszkodowanych i sprawców. W końcu mieszkam tu już 20 lat. Patrzę na śpiące
dziecko i męża i dziękuję Bogu, że to nie oni szli tą drogą. A chodzą nią
codziennie kiedy wracają z wieczornego spaceru.
Pewnie przez kilka tygodni będzie spokojniej, a potem sprawa przycichnie i
znowu się zacznie... Bo wariaci mają teraz świetne warunki- nie ma
ograniczenia prędkości, nie ma "garbów" uniemożliwiających szybką jazdę. A my
z mężem wiemy jedno- już nigdy nie pójdziemy z synem na spacer wzdłuż
głównych ulic osiedla- ze strachu przed następnymi wariatami.