Nie dla wrażliwych, uprzedzam.
Było sobie małzeństwo z 35-letnim stażem. Oboje po studiach, on naukowiec,
opozycjonista, później naukowiec - dyplomata. Ona prowadziła dom, wychowywała
dzieci i jeździła za mężem w kolejne miejsca stypendiów/wykładów/na placówki.
Reprezentacyjna pani domu. Układ funkcjonował idealnie - pan się spełniał
zawodowo a ona dbała o dzieci, gości, przyjęcia, organizację, spotkania, miłą
atmosferę itd. Po 35 latach pan oświadczył, że żona ma wracać do Polski i
wreszcie się USAMODZIELNIĆ, bo on ma dosyć, że tak na nim wisi. Wcześniej
żadnych kwasów ani pretensji nie zgłaszał, wręcz przeciwnie.

Pan rozwodu nie chce, pani wróciła do Polski i ma ciężką depresję. X lat
poświęciła na to, żeby w wieku około 60-tki usłyszeć, że ma być samodzielna:
czytaj - zarabiać i w ogóle mieć swoje życie.
Tak ku refleksji dla tych, które nie planują pracować zawodowo...