Gość: guest
IP: *.*
23.10.01, 18:23
czując,że zaraz wybuchnę,pośpieszyłam do eDziecka po wsparcie i radę.Dzieci już "podrośnięte",więc pytają,dlaczego mama taka wściekła,że ze złości aż płacze...Zostawiam więc potomstwo samemu sobie,licząc,że nic nie zdemolują(i siebie nawzajem) i w nietypowej porze zjawiam się na forum.Zacznę od początku.Gilbert urodził się w czasie moich studiów.Tylko dzięki pomocy taty mogłam wrócić na III rok gdy synek miał 10 miesięcy(na niańkę nie było kasy wtedy).Dziadek do wnuka się rwał,chociaż nasz "pomysł" wzięcia ślubu przed końcem studiów nie wzbudził niczyjego (oprócz oczywiscie nas dwojga) entuzjazmu...Dodam,że wtedy jeszcze mój tata pracował(z dziećmi!).Tak sobie węc żyliśmy przez dwa lata w pełnej zgodzie(aha! od początku mieszkamy osobno,więc dziadek "dochodził"-brak samochodu,trasa ok.20 minutowa,czasem w zimie o 6.30 ).Psuć się zaczęło (tu mam dwie koncepcje,bo oba zdarzenia nastąpiły równocześnie...może jest jakaś trzecia koncepcja...) jak zaszłam w drugą ciążę a mąż zaczął lepiej zarabiać.Dziadek zaczął mnożyć problemy:że dzisiaj nie może zostać bo ma wizytę u lekarza,że musi jechać do pani Zosi czy innej Frani(potem okazywało sie to nieprawdą).Było to dla mnie uciążliwe,bo plan miałam maksymalnie dostosowany do jego pracy,więc nie było mowy o zamianie zajęć.Poza tym nie najlepiej znosiłam drugą ciążę.Pod koniec nie mogłam się już doczekać rozwiązania,bo dopasowanie się do planu dziadka zaczęło mnie i moje nerwy przerastać.Gilbert miał wtedy 2,5 roku i ze spokojnego malucha przeistoczył się w chłopca nadpobudliwego(na mój rozum i mój temperament,wizyta u psychologa jeszcze przed nami).Teraz otwierają mi się oczy i zaczynam się zastanawiać,czy czas spędzony z dziadkiem mu w tym nie pomógł...Jednak Gilbert uwielbia dziadka i domaga się sam wizyt u niego,dlatego też myślałam,że wszystko jest o.k.Urodziła się Ismenka i...katastrofa! Gilbert został przez dziadka "odstawiony".Synek nie wykazywał zazdrości o niemowlaka,był bardzo opiekuńczy:głaskał,kołysał i przytulał(zresztą do tej pory świetnie dogaduje się z maluchami na placu zabaw)...ale tylko gdy dziadka nie było w pobliżu.Dziadek w pobliżu oznaczał wrzask:"nie rusz jej,zostaw,nie tak szybko,nie tak mocno,nie tak gwałtownie,nie tak głośno..." I Gilbert działał "na przekór" - co w domu się nie zdarzało WCALE! przeczytałam książkę "rodzeństwo bez rywalizacji" i wiedziałam,że dziadek postępuje dokładnie tak,jak nie należy!!!Teraz zrozumiałam trochę swoje problemy z młodszym bratem(rodzice zawsze twierdzili,że byłam chorobliwie zazdrosna...).Ciekawe,jakie jeszcze swoje wady powinnam wiązać z "wychowaniem" w normalnej rodzinie? a nawet "ponadnormalnej",bo oboje rodzice są nauczycielami...Gilbert teraz jest "niedobry"dla dziadka,bo jest "niegrzeczny".Znajomi dziadka (wczoraj spotkałam jedną)mówią,że dziadek dużo opowiada o Ismence,a zaraz potem zadają pytanie:a jak ma na imię ten starszy? O czym to świadczy? ano o tym,że Gilbert został "odrzucony". Może jednym z powodów jest również to,że zachowania Gilberta są podobne do zachowań mojego męża,którego tata nie do końca chyba akceptuje...(kochana córeczka tatusia zasługuje zawsze na kogoś lepszego).W weekend byliśmy na wyjeździe u rodziny(ja-szofer,dziadek i dzieci).Wróciłam skrajnie wyczerpana psychicznie.Nie tyle dziećmi(te mam na codzień i wiem,czego się spodziewać),ile dziadkiem.Nie będę się rozpisywać,ale wyszło między innymi na to,że jestem niedobrą matką,bo dzieci nie jedzą "dobrze"(=tyle ile chce dziadek) i nie robią siku na zawołanie(np.przed wyjazdem).Nie wiem,co mnie dzisiaj do nich(dziadków) poniosło,bo chciałam z tydzień odpocząć od "kaprysów" taty(a może to męskie klimakterium?).Gilbert po przedszkolu był "niewyżyty",więc jak zwykle szalał(biegał,krzyczał,itp).Ja jestem na takie zachowania uodporniona,więc nie bardzo zwracałam uwagę,zresztą nie chciałam zbytnio wychodzić,bo widziałam,że mama z chęcią "poskramia"wnuki(stęskniła się przez wyjazd).Wspomagał ją w tym (nieproszony)dziadek za pomocą nic nie znaczących uwag dotyczących moich metod wychowawczych(bezstresowe wychowanie do niczego nie prowadzi itp.)Przegapiłam "moment krytyczny" w zachowaniu Gilberta,kiedy to bezwzględnie należało się udać do domu.Moja wina.Zaczął stukać orzechem w świeżo zakupiony taboret dziadków.Porobiły się dziurki.Zapowiedziałam delikwentowi,że odkupi ze swojej skarbonki i zaczęłam się zbierać do domu - jaki sens ma wrzeszczenie lub bicie(!!!!)dziecka,które jest jak w transie???Na to usłyszeliśmy,że jak Gilbert będzie taki dziki,to dziadek go więcej nie wpuści do siebie i ŻE GO NIE KOCHA.Wpadłam w furię(na swój opanowany sposób),zebrałam dzieci,powiedziałam,że tak się do dzieci NIGDY nie mówi(mi się nie zdarza nawet w napadzie wścieklizny,prędzej dam klapsa) i że skoro tak myśli to nie będzie wnuka widywał i wyszłam bez pożegnania.Poryczałam się dopiero w samochodzie.Mężowi nie bardzo chciałabym o tym mówić,bo stosunki teściowie-zięć i tak są oziębłe.Najwyżej dowie się ,jak tu zajrzy...przepraszam,że tak długo,ale musiałam coś zrobić,żeby nie beczeć przy dzieciach...