Kilka tygodni temu dowiedzialam sie, ze moja przyjaciolka ma raka.
Przyjaznilysmy sie bardzo blisko kiedy bylysmy razem na studiach. Obie
przechodzilysmy wtedy przez podobnie paskudne sprawy, co bardzo nas do siebie
zblizylo i mysle, ze nawzajem sobie bardzo wtedy pomoglysmy. Przez jakis czas
mieszkalysmy razem, generalnie bylysmy bardzo blisko - i, przynajmniej ja,
cenilam sobie te przyjazn szalenie. Piec lat temu ona wyjechala do innego
miasta i jakis rok po tym (pierwszy rok odwiedzalysmy sie kilka razy w roku,
rozmawialysmy przez telefon przynajmniej raz w tygodniu) kontakty gwaltownie
sie rozluznily i to z jej inicjatywy (czy tez jej braku) - nie odpowiadala na
moje telefony i maile, albo zbywala mnie "jestem zajeta, zadzwonie poznie" -
i nie dzwonila. Kiedys pojechalam ja odwiedzic - okazalo sie ze sie
przeprowadzila - nawet mnie o tym nie poinformowala. Bardzo to przyzywalam i
za skarby swiata nie moglam wymyslec dlaczego. Nie moglam znalezc nic za co
moglabym sie obwinic, nie moglam znalezc momentu kiedy jej nastawienie sie
zmienilo - a ona nie odpowiadala na moje pytania. Machnelam w koncu na to
reka - najwyrazniej dla niej ta przyjaz nie znaczyla tyle co dla mnie. Teraz
mysle, ze znam przyczyny i nie maja one ze mna wiele wspolnego - ale tez nie
chce mi sie glebiej wchodzic w spekulacje na ten temat.
Co roku wysylam jej zyczenia na urodziny i w tym roku odezwala sie z
informacja ze od kilku tygodni wie, ze ma raka i nie ma ochoty z nikim na ten
temat rozmawiac.
Jestem koszmarnie tym zdolowana, nie wiem jak sie zachowac. Chcialabym przy
niej byc, jakos ja wesprzec, dac jej znac, ze mysle o niej - no nie wiem -
ale nie wiem nawet czy w ogole powinnam. Nie wiem jak sie zachowac. Nie chce
sie jej narzucac, chce uszanowac jej zyczenia, ale nie chce tez miec
wrazenia, ze siedzialam bezczynnie kiedy ktos dla mnie wazny przechodzi przez
cos ciezkiego. Czy jest to samolubne z mojej strony?
Co byscie zrobily na moim miejscu?