Mam strasznega dola wlasne lykam tabletki na uspokojenie i popijam winem .Mam dosc wszystkiego nie wiem od czego wlasciwie zaczac bo mam taki chaos w glowie ...Wlasnie jestem po kolejnej awanturze z mezem i mam juz dosc .Coraz czesciej placze i nie chce mowic mezowi dlaczego bo On potrafi mnie jeszcze bardziej dobic i zdeptac...tak bylo zawsze jakbylo mi zle to probowalam Mu o tym mowic tlumaczyc o co mi chodzi dlaczego jestem smutna ale potem czulam sie o wiele gorzej tak jakbym dostala pala po lbie ..i przewaznie nie spalam cala noc..Nie wiem dlaczego ale moj maz czasami strasznie mnie denerwuje ....odnosze wrazenie ze sie wogole nie rozumiemy i ze zyjemy w roznych swiatach.Jestesmy dopiero trzy lata po slubie .Czuje sie strasznie zmeczona siedzeniem w domu i zajmowaniem "tylko "dzieckiem...Nasza coreczka ma juz na szczescie dwa i pol latek.Cala ciaze studiowalam i jak sie mala urodzila to tez jeszcze konczylam studia ...a teraz zajmuje sie tylko mala i domem i mam tego dosc ...Jak probuje Mu o tym powiedziec pozalic sie to On na to ostro to zmien to ...A ja chce zmienic chce isc do pracy(chociaz o prace strasznie trudno) ale co z mala ???.No przeciez nie zostawie jej ot tak sobie tym bardziej ze Ona jest straznie ze mna zwiazana wlasciwiae nigdzie nie moge sie bez niej ruszyc ..Wiem ze za pol roku oddam ja do przedszkola i bede bardziej dyzpozycyjna pod kazdym wzgledem (chociazby z wyjsciem w poszukiwaniu pracy).Coreczke strasznie kocham i chce z nia byc do ukonczenia trzech latek ale czasami nie wytrzymuje tej monotonii dnia . Wiec zaczelam prawo jazdy i mala zostawiam z meza mama bo maz zawsze musi cos zalatwic ...kogos zawies lub przywies...Na niego wogole nie mozna liczyc...Ciagly stres...Jest taki obojetny suchy nieobecny cialem juz nie wiem jak mam do niego dotrzec wytlumaczyc ...I tak wszystko co zle to moja wina...Jestem juz zmeczona ...Jak to on mowi przeciez co ja takiego robie .. nawet schodow nie chce mi sie umyc(aja wtedy mialam piecio miesiecznie dziecko i egzaminy na glowie)Nie chce zeby to zabrzmialo banalnie ale przed slubem bylo cudownie .Zaraz po slubie tez nie bylo zle(bylam juz w ciazy)a potem po urodzeniu dziecka bylo koszmarnie...Potem znowu bylo lepiej bo nauczylismy sie zyc we troje ale wciaz zdarzaja sie strasznie przykre sytuacje.Coreczke po mimo tego ze byla nie planowana strasznie oboje kochamy nie wyobrazamy sobie zycia bez Niej.Ale to ja przy Niej wszystko musze robic (usypiac ,kapac.karmic...)Dopiero jak miarka sie przebierze i wpadne w furie, naklne sie , naplacze to On raczy sie ruszyc.Dlaczego tak musi byc???Czy kiedys bedzie normalnie ??? Czy po tym wszystkim bedziemy mieli jeszcze szacunek dla siebie i czy wogole bedziemy chcieli byc razem???Bo teraz mowie Mu tylko ze tak mnie denerwuje ze chce Go tylko po mordzie chlastac...Zreszta w naszym malzenskim docieraniu sie dochodzilo juz do rekoczynow.