Mąż wrócił wczoraj późnym wieczorem z dwudniowego szkolenia. Okazało się, ze
szkolenie, którego celem było "budowanie zespołu" przypominało obóz
przetrwania. Chłopina zwlekał się dzień w dzień w okolicach 6:00 rano i do
wieczora dygał po lesie, budował mosty i inne tego typu cuda wyrabiał. I tak
przez te 2 dni.
A ja dziś obudziłąm o 8:00 i pogoniłam do sklepu po duże zakupy.
Pójść poszedł, ale po powrocie prezentował sobą obraz sierotki Marioli i
wzdychał ciężko nad swoją dolą - że go niby żona nie rozumie
I tak sobie teraz dumam ... wykazałam się brakiem zrozumienia nad potrzebą
regeneracji sił tuż przed wyjściem do prcy? Macie wzgląd na takie różne
Waszych mężów?
Niby mnie śmieszy to jego użalanie się nad sobą, ale może coś w tym jest?