croyance
07.08.07, 11:42
Dziewczyny, ale sie popisalam.
Wpadl mi w rece billing komorki mojego m. Nie grzebalam w nim, ani
nic - ot, lezal na biurku, to sobie luknelam.
Telefony i smsy do mnie - super, wszak kocha to dzwoni; do syna - no
i bardzo dobrze, musi miec kontakt z dzieckiem; kilka smsow do bylej
zony - zaden sekret, komunikuja sie, kiedy Mlodego przywiezc, kiedy
odwiezc. Telefon do rodzicow ... dobra, do ciotki ... o, a tego
numeru nie znam?
Pisalam tu nieraz i wiecie, ze jestem histeryczka i z nerwica, wiec
glosem piskliwym napadlam na m. i pytam, czy numer zna. M. patrzy,
patrzy, mysli, w koncu mowi - 'nie wiem'. Ja juz najgorsze
scenariusze w glowie, widze, jak wyprowadzam sie z walizkami, jak
targam je po schodach, jak umieram samotnie, opuszczona ... W koncu
m. mowi - wiesz co, pojecia nie mam, ale faktycznie, dzwonilem;
cztery telefony dziennie, pod ten sam numer, co to moze byc? Myslimy
razem, ja pograzona w katastroficznych wizjach. M. sprawdza po
notesach, nagle - rozchmurza sie, przyglada mi sie i mowi: wiesz co,
kochanie, to faktycznie numer do kobiety - ale zadzwon sama,
porozmawiaj z nia, od razu lepiej sie poczujesz.
Naburmuszona i nadeta wlazlam pod koldre i spod niej wykrzykuje; sam
se zadzwon etc. A potem; dawaj komorke, zebys wiedzial, ze zadzwonie.
A, to pozdrow ja ode mnie - ucieszyl sie m., a ja, mamroczac rozne
nu pagadi, zajec - wykrecilam numer. Drama queen ze mnie, no.
Ale, wystukalam, czekam, i wtedy ...
... zadzwonil nasz domowy telefon.
Nie musze chyba mowic, ze m. obsmial sie jak norka i smieje sie juz
drugi dzien ..?