Od rana się podkurzyłam. Wynajmuję mieszkanie parze z dzieckiem. Nic
do nich nie mam, płacą regularnie, przynajmniej do tej pory

Któregoś dnia dziewczyna poinformowała mnie, że byłaby
zainteresowana meldunkiem na stałe, bo męczące jest przedłużanie
meldunku czasowego co trzy miesiące. Ja rozumiem, że jest obowiązek
meldunkowy, ale mogłaby mnie choć poinformować, że idzie to zrobić?
A ona wzięła umowę najmu i poszła się zameldować.
W dodatku - ciekawostka - dowiedziałam się, że gdyby na chama
chcieli się zameldować na stałe moja obecność nie jest przy tym
konieczna! Tak, tak, dobrze przeczytałyście. Biorą umowę najmu, idą
do urzędu i mają meldunek na stałe. Potwierdzone przez kilka źródeł,
w tym urząd miasta, wydział meldunkowy. No cóż.
Zdecydowałam po naradzie z mężem, że nie chcemy ich meldować na
stałe, natomiast chętnie zgodzimy się na meldunek czasowy na dłuższy
okres, rok lub dwa lata, z możliwością przedłużenia (jest taka
możliwość). Powiedziałam jej to i dziewczyna się niemal obraziła. W
pewnym momencie zauważyłam, że zaczęłam się jej tłumaczyć, dlaczego
nie chcę się zgodzić na meldunek stały i pomyślałam sobie zaraz,
zaraz, stop. Dlaczego mam się tłumaczyć? Nie i już, to moje
mieszkanie. A teraz znowu siedzę i myślę, czy nie przesadzam i już
głupieję

Co sądzicie? Nie chcę z nimi wejść w jakiś konflikt,
ale z drugiej strony nie mogę się dać manipulować, a trochę się tak
poczułam...