Pamietacie, dziewczyny, jak pisalam tu o dziele pewnego ksiedza
(jestem rozczarowana, bo okazal sie on byc rowniez dominikaninem, a
ci z reguly jednak gadali w miare do rzeczy)?
Mam tu fragment o macierzynstwie:
'Mezczyzna w kontaktach z malymi dziecmi, zwlaszcza jesli nie ma
wlasnych, zazwyczaj nie radzi sobie zbyt dobrze. Jesli dziecko jest
na tyle duze, ze mozna z nim porozmawiac, czuje sie w miare pewnie,
ale przy malenstwach wydaje sie zwykle lekko zagubiony. Natomiast
nie spotkalem kobiety, ktora nie potrafilaby sie odnalezc przy malym
dziecku. Wy nie musicie sie tego uczyc, macierzynstwo lezy w waszej
naturze. Adam to syn ziemi, ktos, kto jest zwiazany z materia. Ewa
to matka zyjacych. Jest zwrocona ku zyciu. Nie rzeczy, a ludzie. Nie
praca, nie tworzenie - a kochanie. (...)
Jestem przekonany, ze kobieta moze sie realizowac w zyciu zawodowym
i w kazdym innym. (...) Nie widze w tym niczego zlego. Nie zgadzam
sie natomiast z twierdzeniem, ze jest to dla kobiety jedyny wlasciwy
sposob realizowania siebie.
Wspolczesna kultura przekonuje, ze aby mezczyzni was nie krzywdzili,
musicie stac sie rownie silne, uniezaleznic sie od nich. To jest
mozliwe. Mozna byc niezalezna. Ale za cene rezygnacji ze swojej
kobiecosci, utraty czesci swojej tozsamosci.
Mysle, ze zamiast sie uniezalezniac, lepiej szukac madrych mezczyzn,
na ktorych mozna sie oprzec'
Komu sie cisnienie podnioslo?