no i stalo sie. w koncu moj dwulatek sie doigral.
po krotkiej wizycie na miejscowym ryneczku, postanowilam jeszcze przed
popoludniowa drzemka wybiegac moje dziecie na plazy. pomysl okazal sie niezly,
plazowiczow nie za wielu, slonko swiecilo, wiaterek wial.
rozlozylam kocyk, rozebralam dziecie do pampersa i koszulki i pozwolilam na
odrobine swobody. dziecie radosnie harcowalo nad brzegiem, a ja czujna
mamusia, nie spuszczajac go z oczu na kocyku usiadlam. syn moj ma charakterek
swojego tatusia, walecznego skorpiona, wydal wiec niemalze od razu wojne
glaszczacym piasek falom rzucajac w nie muszelkami i drobnymi kamykami. gdy
oddalil sie zbytnio wstalam, by go zlapac i doprowadzic z powrotem na kocyk.
moj smyk to zobaczyl i - jak to ma w zwyczju - w dluga. tym razem jednak wpadl
prosto do wody (blisko brzegu jest ok 40 cm ) upadl i sie zachlysnal. na
szczescie bylam bardzo blisko, wiec od razu wydobylam tego "niedzielnego"
plywaka. troche pochlipal, ale pierwsza kapiel w morzu ma za soba

po 5
minutach wszystko wrocilo do normy, ale juz nie chcial sie od mamy oddalac tak
zwawo. kolejne pol godziny spedzil rozkosznie babrzac sie w piasku obok kocyka