Doszło w końcu do tego, że musimy wziąźć kredyt na mieszkanie, nie
chcemy już wynajmować, bo stwierdziliśmy, że się nie opłaca, zresztą
to taka tułaczka z jednego mieszkania do drugiego przez całe życie.
Nie mamy nic swojego, jesteśmy zdani tylko na siebie, żadnej pomocy,
znajomości, nic

I żeby wziąźć malutkie 40 metrowe mieszkanie na 4
piętrze musimy zaciągnąć kredyt na 40 lat. Najlepsze jest to, że mąż
bierze tylko na siebie, i tylko jeden jedyny bank nam go udzieli. Z
jednej strony się cieszę, bo będziemy mieć swoje własne m, a z
drugiej się boję. Teraz gnieździmy się we trójkę w wynajmowanym 28
m. Dopadają mnie niekiedy takie wstrętne mysli, że sobie nie
poradzimy, jak z pracą itp. Mąż nie zarabia najlepiej, jakbym
napisała ile to byście pewnie nieźle się uśmiały jak mozliwe jest
aby za to przeżyć, ja jestem na wychowawczym, bez mozliwości powrotu
do pracy. Pewnie zacznę szukać nowej jak dziecko pójdzie do
przedszkola.
Czasami zazdroszczę innym i zastanawiam się gdzie tak dobrze płacą i
za co, że np. budują domy, mają po 2, 3 mieszkania i podróżują.
Ehh, chciałam się wyżalić, powiedzcie, że jakoś to się wszystko
ułoży...