Dodaj do ulubionych

teściowologia antropologiczna- długie :)

03.10.03, 21:07
Hej!

...dzień paskudny, kłótnia z facetem, moje żale do całego świata, bo ktoś
zaniedbał coś, a obrywam ja i czuję się bezradna i sfrustrowana, u fryzjera
kolor akcentów wyszedł za blado, nawał pracy czeka na mnie i szyderczo
szczerzy zęby...

Trzeba coś popisać dla poprawy nastroju smile

..........................

Otóż zainspirowana wątkiem o teściowej idealnej, który nie do końca
rozumiem smile))) pomyślałam sobie tak - a jakie właściwie są przyczyny tego, że
nam z niektórymi teściowymi nie idzie...?

Pewnie był już podobny wątek, ale ja bym chciała teraz z Wami na ten temat
pogadać smile

............................

Moja teoria jest taka:

1. szok kulturowy

2. poczcie własności

3. emocje

Rozwijam. Co do szoku kulturowego, wydaje się, że to tak jasne i proste, że
wszyscy powinni o tym wiedzieć. A tu w życiu wychodzi, że mało kto pamięta.

Zderzamy się z rodziną Naszego i nagle okazuje się, że owszem z Naszym się
dogadujemy, ale już z jego mamą komunikacja żadna albo gorsza niż żadna. Bo
mówimy dwoma różnymi językami, ale o tym zapominamy, domagamy się zrozumienia
i dziwimy się, że i my jedynie rzucamy grochem o ścianę.

U mnie szok kulturowy ogromny. I fatalny w skutkach.

Co powiecie na coś takiego: moi rodzice pragną się poznać z teściową, ustalić
detale ślubu (wtedy ślub miał być, że tak powiem, wspólnie organizowany), no
i po prostu porozmawiać, pogadać, obwąchać się. Teściowa na wakacjach.
Wakacje to rzecz święta, no a poza tym ona spodziewa się Bardzo Ważnych Gości
i nie ma czasu (w nieokreślonym przedziale - nawet za miesiąc) spotkać się z
moimi rodzicami. Dodam, że ze ślubem nam się spieszyło z przyczyn formalnych,
mniejsza o to jakich.

Ja możecie się domyśleć, moi rodzice Bardzo Mocno się Obrazili (ja ryczałam w
poduszkę).

I do tej pory nie wiem, czy rzeczywiście powinni, czyli czy była to dość
kiepsko zakamuflowana wymówka a la "nie życzymy sobie was znać" czy naprawdę
Wakacje Są Święte a mój facet na tyle już nie-syn, że poznanie przyszłej
przyszywanej rodziny nie jest istotne. (Chociaż generalnie to tamta rodzina
lubi się "gościć", rodzinnie integrować, wydawać obiadki, więc niepokój
zostaje...)

Nie wiem.

No szczerze mówiąc, nie wiem.

Ale i ja, i moi rodzice zdekodowaliśmy ten przekaz jako "nie życzymy..." Być
może błędnie, bo w naszym "kręgu kulturowym" takie zachowanie (w konktretnej
sytuacji unikanie spotkania z rodziną przyszłej żony pierworodnego) rozumiane
jest jako pokazanie dużej... figi.

Albo coś takiego (powinna być tabelka smile ):

- u mnie w domu dzieci traktowane _zasadniczo_ demokratycznie (trochę trudno
mi wyjasnić, czemu jedynie "zasadniczo" - ot, bywało i tak, że cała
demokracja szła w kąt), nasz głos brany pod uwagę na równi z głosem rodziców,
problemy omawiane wspólnie, planyżyciowe robiliśmy sami
- tam - "dzieci i ryby...", "kto nie pracuje ten nie decyduje" i te de

- moi rodzce ze sobą razem od pół wieku, jeden brat
- tam rekomponowane związki od pokoleń

- u nas hałaśliwie, emocjonalnie, kłótliwie, czasem agresywnie
- tam maniery, wytłumienie emocji

- u nas zawsze krucho z finansami, pieniądze się nie liczą, za to wiedza i
wykształcenie - bardzo
- u nich dostanio, najważniejszy jest status materialny, sztuka, nauka -
dobre, o ile przynoszą natychmiastowy i pewny zysk

Nie wiem, czy udało mi się wypisać różnice obiektywnie, nie stosując słów
nacechowanych emocjonalnie - pewnie nie smile)))

Wcale a wcale nie sugeruję, że jeden model jest cacy a drugi be! Ale są
_inne_. I tak ciężko jest się porozumieć... z obu stron.

Wiem, że ja też popełniałam nie raz błąd, nadinterpretując jakieś zachowanie
czy uwagę teściowej. No i jest tak, ża czasami moja pozornie niewinna uwaga
(ja jestem przekonana, że niewinna), "godzi w sojusze" i rozdrażnia
Smoka smile)))

Tyle się starałam być miła i fajna, a oni zawsze niezadowoleni... Chyba do
końca swoich dni nie pojmę, o co w tym wszystkim chodzi.

2. poczucie własności

Noo, to jest coś, przed czym się bronię, odkąd zostałam mamą - bronię się i
starannie pilnuję, abym nie traktowała córki jako własności. Ona musi pójść w
świat i do jej wyborów mi wara...

A niestety, zarówno moi rodzice, jak i tamta rodzina - co zresztą jest
bodajże typowe dla starszego pokolenia en masse - traktowali mnie i mojego
jak własność prywatną (u mnie, na bardzo dużo rzeczy mogliśmy mieć wpływ, ale
na niektóre, czasami - żadnego; w sumie mało logiczne, ale tak było). Moi się
z tego już prawie całkiem wyleczyli smile))) nie bez terapii szokowej (ucieczka
z domu i zerwanie kontaktów na jakiś czas). Tamtej rodzinie niestety
podejście hmm, zostało.

Dla dziecka chcemy najlepszego, mamy plany, wizje. Ale niedobrze, gdy te
wizje przesłonią rzeczywistość. W marzeniach teściowej nie było dla nie
miejsca, byłam takim kłębkiem jej Niepowodzenia Wychowawczego (to ona tak się
starała, tak dbała - no powiedzmy wink - a tu jej kochany syn zaraz na początku
studiów daje się złapać na dziecko takiej okropnej starej rapszli...?!

Nie pasowałam do schematu, do wizji, do marzeń, to i moje wady wyolbrzymiły
się, a zalety zmalały.

Nie twierdzę, że tak bywa u wszystkich dziewczyn, które nie dogadują się z
mamami swych mężczyzn. U mnie tak było. Tamta rodzina była z góry na "nie",
dopóki ja zajmowałam jedynie pozycję "dziewczyny", z którą się
niezobowiązująco "chodzi", jeszcze jakoś (jakoś - oj, już wtedy dawali
popalić!) to było. Ale jako ślubna żona...!!!

3. emocje

A tu będzie o mnie smile

Najgorsze przejścia z teściową miałam, gdy byłam w ciąży. Jaka to ciąża, to
pisałam na wątku Makufki oraz w paru innych miejscach - więc skrótowo powiem,
była to ciąża niefajna. Moje emocje były wyostrzone, rozbuchane. I dziwić
się, że znielubiłam kobietę...? Mogę _wiedzieć_, że czasami przesadzałam, ale
nie mogłam wtedy tego _czuć_. Teraz jak sobie myślę, to czuję właściwie -
obojętność. Emocje jednak znacząco opadły smile

........................

Tyle moich rozmyślań na dziś.

Odalie, która powinna siadać do innej pisaniny smile

.........................

P.S. Niech ktoś wymyśli skuteczny środek na PMS.




Obserwuj wątek
    • agacz2905 Re: teściowologia antropologiczna- długie :) 03.10.03, 22:14
      Hej, Odalie
      Na pms-a ponoć krople Mastodynon N pomagają (nie mnie, hehe). Ale do ad remu,
      jak mawiali starożytni górale... Różnice kulturowe i emocje - moim zdaniem
      tylko te dwie sprawy decydują o teściowo-synowych niesnaskach, burzach, a bywa,
      że i gradobiciach z oberwaniem chmury. Akurat Twoja konkretna osobista teściowa
      tak jakby nie zaakceptowała Cię jako zony syna - przynajmniej tak zroumiałam to
      co piszesz. A to boli na pewno, nie dziwię się. Coś jak skreślenie kogoś na
      starcie. Jak...brak jakiegoś ważnego początku. Kiedyś byłam bardzo
      nieakceptowaną przez matkę sojego byłego już chłopaka dziewczyną. Jej logika i
      mentalność były dla mnie nieubłagane: mam chore biodra i będą problemy z
      rodzeniem dzieci. Ona to za mnie wiedziała...czułam się głupio, jak popsuty
      samochód. Ale bolało. Gdyby żyła mama mojego męża, miałabym fajną, ciepłą
      teściową. Znam ją tylko z nagrań rozmów, zdjęć, i jednego filmu video. To ona
      nadawała swojej rodzinie i domowi sens i ciepło. Zmarła 9 lat temu, nie znałam
      jej. mam tylko teścia, który właściwie chyba wymaga, żeby się nim zająć, ale
      nie mam na to ochoty, siły, czasu...Różnice kulturowe - różnimy się jak niebo i
      ziemia. Ja nazywam rzeczy po imieniu, mówię wprost, wściekam się też wprost.
      Teść (trochę też mąż) powtarzają jak kiepską mantrę, że trzeba zachować spokój,
      hehe. Przy czym teść pół minuty nie umie na d....usiedzieć, macha nerwowo
      rękami, gestykuluje...a w mężu siedzi tłumiona wściekłość, którą ja mu od czasu
      do czasu uświadamiam...niestety w przedostatnią niedzielę ta tłumiona
      wściekłość doprowadziła do tego, że mąż szarpnął szymka i...zwichnął mu rękę.
      Na szczęście moja (jawna) wściekłość na męża spowodowała, że wypruł z Młodym do
      szpitala, gdzie sprytny lekarz szybko rękę nastawił. Najgorsze co może być to
      aż tak różne podchodzenie do emocji i fałszywe projekcje (wg. męża moja rodzina
      jest nienormalna, a jego super - a wg. mnie jego jest nienormalna jeszcze
      beznadziejniej niż moja). Ech, zapętliłam się tą pisaniną, spać mi trza...
      Co do poczucia własności, o którym piszesz - tu bym polemizowała, to zależy nie
      od pokolenia naszych rodziców, ale od jednostkowych doświadczeń. Ja w mojej
      rodzinie czułam się jak rzecz niczyja...staram się za to, aby moje dzieci
      zawsze były podmiotem moich działań "wychowawczych", nigdy przedmiotem. Czy mi
      się uda - one to kiedyś ocenią. Pozdrawiam wszystkie Synowe smile) Łączcie sięsmile)

      Agnieszka
      • odalie Mastodynon 03.10.03, 22:22
        Po Mastodynonie pogarszała się sytuacja z moimi torbielami w cycach, zamiast
        lepiej, było gorzej, to i mam zakaz od ginekologa na Mastodynon...

        .........................

        Pozdrawiam!!!
        • agacz2905 Re: Mastodynon 03.10.03, 22:35
          a ja po Mastodynonie N mam dwie pamiątki wyszczególnione w mojej sygnaturcesmile)
          A swoją drogą, zauwazyłaś, że jak ty odpisywałaś na mój wredno-oskarżycielski
          post o teściu, ja odpisywałam na Twój?? Ale tera idę już spać, mając w sercu
          nadzieję, że do dzidziora mąż (choć on CHŁOP) mi wstanie...Pozdrawiam i nie daj
          się zgnębić nastrojom.

          Agnieszka
          • jargla1 Re: Mastodynon 07.10.03, 10:45
            A ja mam taką dewizę "gruba szyba dystansu i błękitna krew obojetności". Sorry,
            że Cię nie pocieszę, ale moim zdaniem teściowa to instystucja niereformowalna.
            Dlatego trzeba ja poznać - złe i dopatrzec się moze są jakieś dobre strony, a
            potem sie dostosować (nie znaczy podporzadkować, broń Boże, to byłby nasz
            koniec), czyli wypracować odpowiednie mechanizmy obronne, przygotować garść
            szczerych komplementów ( stosować zasade "jeśli chcesz zebrać miód, nie
            przewracaj ula"), no i bardzo pomaga tez współczucie, że ona taka nieoczytana
            bidulka, że jej rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie przedszkolaka, no
            i że juz mniej niz wiećej przed nia (to ostatnie to rada jakiejś terapeutki). I
            można jakoś przeżyć. chciałam napisać więcej, ale dzieciaki przewracają mi
            chałupę do góry nogami, więc może potem . Pozdrawiam Aga

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka