Hej!
...dzień paskudny, kłótnia z facetem, moje żale do całego świata, bo ktoś
zaniedbał coś, a obrywam ja i czuję się bezradna i sfrustrowana, u fryzjera
kolor akcentów wyszedł za blado, nawał pracy czeka na mnie i szyderczo
szczerzy zęby...
Trzeba coś popisać dla poprawy nastroju
..........................
Otóż zainspirowana wątkiem o teściowej idealnej, który nie do końca
rozumiem

))) pomyślałam sobie tak - a jakie właściwie są przyczyny tego, że
nam z niektórymi teściowymi nie idzie...?
Pewnie był już podobny wątek, ale ja bym chciała teraz z Wami na ten temat
pogadać
............................
Moja teoria jest taka:
1. szok kulturowy
2. poczcie własności
3. emocje
Rozwijam. Co do szoku kulturowego, wydaje się, że to tak jasne i proste, że
wszyscy powinni o tym wiedzieć. A tu w życiu wychodzi, że mało kto pamięta.
Zderzamy się z rodziną Naszego i nagle okazuje się, że owszem z Naszym się
dogadujemy, ale już z jego mamą komunikacja żadna albo gorsza niż żadna. Bo
mówimy dwoma różnymi językami, ale o tym zapominamy, domagamy się zrozumienia
i dziwimy się, że i my jedynie rzucamy grochem o ścianę.
U mnie szok kulturowy ogromny. I fatalny w skutkach.
Co powiecie na coś takiego: moi rodzice pragną się poznać z teściową, ustalić
detale ślubu (wtedy ślub miał być, że tak powiem, wspólnie organizowany), no
i po prostu porozmawiać, pogadać, obwąchać się. Teściowa na wakacjach.
Wakacje to rzecz święta, no a poza tym ona spodziewa się Bardzo Ważnych Gości
i nie ma czasu (w nieokreślonym przedziale - nawet za miesiąc) spotkać się z
moimi rodzicami. Dodam, że ze ślubem nam się spieszyło z przyczyn formalnych,
mniejsza o to jakich.
Ja możecie się domyśleć, moi rodzice Bardzo Mocno się Obrazili (ja ryczałam w
poduszkę).
I do tej pory nie wiem, czy rzeczywiście powinni, czyli czy była to dość
kiepsko zakamuflowana wymówka a la "nie życzymy sobie was znać" czy naprawdę
Wakacje Są Święte a mój facet na tyle już nie-syn, że poznanie przyszłej
przyszywanej rodziny nie jest istotne. (Chociaż generalnie to tamta rodzina
lubi się "gościć", rodzinnie integrować, wydawać obiadki, więc niepokój
zostaje...)
Nie wiem.
No szczerze mówiąc, nie wiem.
Ale i ja, i moi rodzice zdekodowaliśmy ten przekaz jako "nie życzymy..." Być
może błędnie, bo w naszym "kręgu kulturowym" takie zachowanie (w konktretnej
sytuacji unikanie spotkania z rodziną przyszłej żony pierworodnego) rozumiane
jest jako pokazanie dużej... figi.
Albo coś takiego (powinna być tabelka

):
- u mnie w domu dzieci traktowane _zasadniczo_ demokratycznie (trochę trudno
mi wyjasnić, czemu jedynie "zasadniczo" - ot, bywało i tak, że cała
demokracja szła w kąt), nasz głos brany pod uwagę na równi z głosem rodziców,
problemy omawiane wspólnie, planyżyciowe robiliśmy sami
- tam - "dzieci i ryby...", "kto nie pracuje ten nie decyduje" i te de
- moi rodzce ze sobą razem od pół wieku, jeden brat
- tam rekomponowane związki od pokoleń
- u nas hałaśliwie, emocjonalnie, kłótliwie, czasem agresywnie
- tam maniery, wytłumienie emocji
- u nas zawsze krucho z finansami, pieniądze się nie liczą, za to wiedza i
wykształcenie - bardzo
- u nich dostanio, najważniejszy jest status materialny, sztuka, nauka -
dobre, o ile przynoszą natychmiastowy i pewny zysk
Nie wiem, czy udało mi się wypisać różnice obiektywnie, nie stosując słów
nacechowanych emocjonalnie - pewnie nie

)))
Wcale a wcale nie sugeruję, że jeden model jest cacy a drugi be! Ale są
_inne_. I tak ciężko jest się porozumieć... z obu stron.
Wiem, że ja też popełniałam nie raz błąd, nadinterpretując jakieś zachowanie
czy uwagę teściowej. No i jest tak, ża czasami moja pozornie niewinna uwaga
(ja jestem przekonana, że niewinna), "godzi w sojusze" i rozdrażnia
Smoka

)))
Tyle się starałam być miła i fajna, a oni zawsze niezadowoleni... Chyba do
końca swoich dni nie pojmę, o co w tym wszystkim chodzi.
2. poczucie własności
Noo, to jest coś, przed czym się bronię, odkąd zostałam mamą - bronię się i
starannie pilnuję, abym nie traktowała córki jako własności. Ona musi pójść w
świat i do jej wyborów mi wara...
A niestety, zarówno moi rodzice, jak i tamta rodzina - co zresztą jest
bodajże typowe dla starszego pokolenia en masse - traktowali mnie i mojego
jak własność prywatną (u mnie, na bardzo dużo rzeczy mogliśmy mieć wpływ, ale
na niektóre, czasami - żadnego; w sumie mało logiczne, ale tak było). Moi się
z tego już prawie całkiem wyleczyli

))) nie bez terapii szokowej (ucieczka
z domu i zerwanie kontaktów na jakiś czas). Tamtej rodzinie niestety
podejście hmm, zostało.
Dla dziecka chcemy najlepszego, mamy plany, wizje. Ale niedobrze, gdy te
wizje przesłonią rzeczywistość. W marzeniach teściowej nie było dla nie
miejsca, byłam takim kłębkiem jej Niepowodzenia Wychowawczego (to ona tak się
starała, tak dbała - no powiedzmy

- a tu jej kochany syn zaraz na początku
studiów daje się złapać na dziecko takiej okropnej starej rapszli...?!
Nie pasowałam do schematu, do wizji, do marzeń, to i moje wady wyolbrzymiły
się, a zalety zmalały.
Nie twierdzę, że tak bywa u wszystkich dziewczyn, które nie dogadują się z
mamami swych mężczyzn. U mnie tak było. Tamta rodzina była z góry na "nie",
dopóki ja zajmowałam jedynie pozycję "dziewczyny", z którą się
niezobowiązująco "chodzi", jeszcze jakoś (jakoś - oj, już wtedy dawali
popalić!) to było. Ale jako ślubna żona...!!!
3. emocje
A tu będzie o mnie
Najgorsze przejścia z teściową miałam, gdy byłam w ciąży. Jaka to ciąża, to
pisałam na wątku Makufki oraz w paru innych miejscach - więc skrótowo powiem,
była to ciąża niefajna. Moje emocje były wyostrzone, rozbuchane. I dziwić
się, że znielubiłam kobietę...? Mogę _wiedzieć_, że czasami przesadzałam, ale
nie mogłam wtedy tego _czuć_. Teraz jak sobie myślę, to czuję właściwie -
obojętność. Emocje jednak znacząco opadły
........................
Tyle moich rozmyślań na dziś.
Odalie, która powinna siadać do innej pisaniny
.........................
P.S. Niech ktoś wymyśli skuteczny środek na PMS.