zacznę od tego, że kończy mi się urlop wychowawczy i od dłuższego już czasu
gryzę się z myślami co robić ze swoją przyszłością. wiem, że nie chcę wracać
do firmy, w której pracowałam do tej pory i do końca życia wykonywać tej samej
odmóżdżającej roboty.
po wielu przemyśleniach odkryłam, jak sądzę, swoje powołanie i zawód w którym
mogłabym się spełniać. rozpoczęłam studia podyplomowe w tym kierunku, w
przyszłym roku chciałabym założyć działalność gospodarczą i zacząć realizować
swoje wizje.
wszystko byłoby fajnie gdyby nie stopujący mnie, non stop sprowadzający na
ziemię lub poniżej- mąż. niby zaakceptował mój pomysł na przyszłość, ale...
studiów ci nie sfinansuję, niech zrobią to Twoi rodzice. ok, moi rodzice
zawsze chętnie inwestowali w moja edukację, zrobili to i tym razem. teraz
kiedy zaczynam mówić o konkretach dotyczących firmy, mąż ciągle mnie
zniechęca; daj spokój i tak Ci się nie uda, nie potrafisz tego, nie przebijesz
się, za duża konkurencja, skąd weźmiesz pieniądze na rozpoczęcie działalności,
nie włożymy w to naszych oszczędności, bo nie będę wyrzucał pieniędzy w błoto.
prawda jest taka, ze sa szanse powodzenia tego biznesu i zarabiania
konkretnych pieniędzy, ale nie z takim nastawieniem jakie wpaja we mnie mąż.
zresztą jeśli będzie się w ten sposób zachowywał to faktycznie nie dam rady;
liczyłam na jego współpracę w wielu kwestiach, generalnie ma lepsze
przygotowanie do tego tematu niz ja, a teraz się wypina. nie mówiąc juz o tym,
ze cała moja praca i moje marzenia legną w gruzach, nosz kuź.a czy tak
zachowuje się normalny mąż??