Wiecie co...już mnie szlag trafia.
Po raz kolejny ktoś czegoś nie załatwił, nie zdążył, nie dojechał.
I po raz n-ty tłumaczy to chorobą, klęską żywiołową.
Zastanawiam się więc, gdzie jest granica, kiedy to z ufnej, wyrozumiałej osoby staję się zwykła naiwną kozą...
Po raz kolejny słyszę:
-ojciec w szpitalu
-matka zemdlała
-brat ma zawał
-ja miałem prawie zawał
-wczoraj zasłabłem i muszę badania zrobić
-wszyscy mieli jakiegoś wirusa
-dziadek mi umarł
-pracownik złamał rękę
-zepsuł mi się silnik w samochodzie
-wał mi poszedł.....
I tak dalej.
Umawiam się z kimś, przeważnie dzieje się to wtedy, gdy domagam się usunięcia usterki, załatwienia reklamacji.
Że też praktycznie nigdy nie zdaża się, gdy dopiero rozmawiamy na temat jakiejś usługi. Jakoś wtedy nikt nie choruje, nie wpada pod pociąg.
I dziś znów, po czterech miesiącach czekania, pan przyjechał po czym zaraz odjechał. Bo właśnie żona jest w szpitalu.
Jak to u Was wygląda? Co robicie w takiej sytuacji? Jakoś dziś miałam przeczucie, że ta żona faktycznie jest w szpitalu ale mąż mnie "wyprostował". Od dwoch lat użeramy się z podwykonawcami i wiecie co? Już chyba przeżyliśmy wszystkie plagi egipskie.
Kiedyś nie wytrzymałam i zasugerowałam jednemu panu, który z przerwami półtora roku usuwal u nas usterki, żeby zrobił badania bo coś chorowity jest. Nic nie powiedział ale więcej o chorobach nie słyszałam.
Ale z drugiej strony można przegiąć i komuś dołożyć.
Kiedyś zakładałam, że każdemu może wypaść ten pierwszy raz, że nie ma co człowieka spisywać na straty. Ale tu mnie koleżanka z błędu wyprowadziła, bo też prawie zawsze tacy ludzie są punktualni, gdy to ja mam im zapłacić.
Kilka miesięcy temu pożyczyłam coś wartościowego znajomej. Przypomnialam tylko, że na dwa dni. Po dwoch dniach pytam, czy może mi oddać. No i słyszę, że dziecko chore, do lekarza musi lecieć. Odda po niedzieli. No, ok.
Ale od innej osoby usłyszałam, że to jej stara śpiewka. Przy okazji wyszło, że faktycznie kłamała. A tej pożyczonej rzeczy po prostu potrzebowała na dłużej.
Zaufałam, bo dziecko, bo choroba...
I wiecie co? Mam tego dość.
Czy teraz mam reagować w ten sposób, że nie obchodzi mnie choroba czy zawał, złamana noga czy pożar w domu? Dana osoba ma być danego dnia o umówionej godzinie.
Jak to u Was wygląda?
Wypominacie takie kłamstwa przy okazji? Czy też mówicie sobie, jak ja, że następnym razem...nie dam się?
Do jakiego stopnia ufacie ludziom i wierzycie w ich tłumaczenia?
Pamiętam słowa mojej mamy, gdy kiedyś chciała wyskoczyc na zakupy w godzinach pracy. Wymysliła moją chorobę. Lata, robi te zakupy a tu ze szkoły dzwonią, że mam goraczkę. I poleżałam dwa tygodnie z ospą.
Mama do tej pory to pamięta
Podrzućcie kilka rad, jak sie nie dać

))