ellmelek
10.01.09, 15:56
Chcialabym opisac swoja sytuacje i poprosic forumowiczki o wypowiedzenie sie.
Mam problem z zakupem wlasnego mieszkania. Mimo kilku juz lat pracy, staran, nie udalo mi i mezowi dostac sie kredytu, bo nie mielismy zdolnosci, bo umowy byly nie o prace, bo urodzilo sie dziecko. Teraz, pomimo iz mamy w koncu dobre umowy i zarobki pozwalajace na splate niewielkiego kredytu, nie mamy wystarczajacego wkladu wlasnego. Wynajmujemy juz 6 rok mieszkania w Warszawie, koszty wynajmowania rosna i nie mamy po prostu z czego odkladac. Mamy jakies niewielkie oszczednosci rzedu kilku tysiecy, ale to zbyt male by starczylo na wklad wlasny. Wklad wlasny na najtansze dwupokojowe mieszkanie w Warszawie to co najmniej 20-25 tysiecy, do tego notariusz, i oplaty okolokredytowe. Podobna sytuacje ma moja siostra. Tez jest mezatka, tez maja dziecko, wynajmuja mieszkanie pod Warszawa. Maja wlasciwie jeszcze gorzej bo maja nieco nizsze zarobki niz my i nie stac ich na wynajecie w Warszawie. Dobijaja ich dojazdy do pracy, dziecko w zlobku, siostra i maz spedzaja po 9-10 godzin poza domem. Moja mam czasem im pomaga przy dziecku ale nie moze tego robci codziennie bo miala problemy z noga i dluzsze chodzenie, podroze sa dla niej meczace.
Nasi rodzice maja 3 pokojowe 70metrowe mieszkanie niemal w centrum. Mieszkanie ma status spoldzielczego, koszt wykupu okolo 30 tysiecy zlotych. Mieszkanie ma standard podstawowy, bo rodzicow nigdy nie bylo stac na porzadne wykonczenie. Mimo to jego wartosc rynkowa na chwile obecna to okolo 550-600 tysiecy zlotych.
Probowalysmy rozmawiac z siostra czy rodzice nie chcieliby sprzedac tego mieszkania i kupic sobie 2 pokoi, i pomoc mnie i siostrze. Mama bylaby w sumie na tak, ojciec dostaje szalu jak o tym slyszy wiec mama oficjalnei trzyma jego strone zeby miec swiety spokoj. Zadne argumenty do ojca nie docieraja. Mama narzeka, ze takie duze mieszkanie ciezko sprzatac, a z jej noga bywa kiepsko. Robi wszystko w domu sama, ojciec siedzi glownie przed TV i komputerem, jedynie w zakupach pomoze. Oboje narzekaja, ze utrzymanie mieszkania sporo ich kosztuje. Czynsz i oplaty plus rata czynszu na spoldzielni to razem okolo 1200 zl a rodzicow emerytury to lacznie okolo 2500. No wiec slysze ze okna by sie przydalo wymienic, ze kuchnie w koncu odnowic, ze wymienic sanitariaty itd. Tylko ze nie maja za co. Narzekaja tez, ze na nic nie moga sobie pozwolic, nie jezdza na wakacje, nie wychodza nigdzie – bo maja wysokie koszty utrzymania mieszkania. Gdyby zamieszkali w mniejszym lokum spokojnie udaloby im sie obciac 500 czy 600 zl stalych kosztow a dla takich ludzi jak moi rodzice to naprawde sporo i poprawiloby to standard ich zycia. Probowalysmy tlumaczyc ojcu, ze gdyby sprzedal mieszkanie to mogliby sobie kupic wyremontowane i urzadzone mieszkanie, miec mniejsze wydatki, odlozyc jakas ladna sumke i jeszcze pomoc nam. On nie chce. Nie rozumiem dlaczego, bo moj ojciec jest raczej z tych co to nie maja sentymentow, zreszta w mieszkaniu tym mieszkaja dopiero 15 lat, wiec argument ze przezyli tam cale zycie, wychowali dzieci, znaja wszystkich itd. odpada. Z sasiadami rodzice nie utrzymuja praktycznie zadnych kontaktow, wlasciwie zyja tylko zakupami, ogladaniem TV, siedzeniem na internecie (ojciec) i codziennymi czynnosciami zyciowymi. Moze tu jest pies pogrzebany, po prostu nie chca zmian? Tyle ze rodzice mogliby kupic mieszkanie na tym samym osiedlu, nic nie musieliby w sumie zmieniac w swoim zyciu, robiliby zakupy w tych samych miejscach, mieliby tego samego lekarza, te same okolice itd. Ojca glowny argument to taki, ze mieszkanie jest niewykupione, ze nie po remoncie, ze podatki, ze gdzie oni sie podzieja jak sprzedadza itd. Moje tlumaczenia ze mozna sprzedac mieszanie a date wydania ustalic pozniejsza, i z zysku wykupic mieszkanie, ze nie placi sie podatku jesli kupuje sie nastepne lokum, ze zajelybysmy sie z siostra wszystkimi formalnosciami, przeprowadzaka itd. oczywiscie puszcza mimo uszu.
Cala ta sytuacja coraz bardziej mnie doluje. Nie rozumiem, jak mozna byc tak upartym, i jak mozna nie chciec pomoc wlasnym dzieciem, a juz najbardziej nie rozumiem jak mozna nie chciec poprawic bytu sobie. Jest mi po prostu przykro, ze moi rodzice mogliby mi i siostrze pomoc a nie robia tego. Nie chcemy z siostra oskubac ich z dorobku zyciowego, chcialybysmy po prostu zeby pomogli nam stanac na nogi, zeby dolozyli nam do wkladu wlasnego. Gdybym dostala od nich nawet 30-40 tysiecy zlotych to mialabym realne szanse na kupno wlasnego mieszkania i kredyt a tak musze wywalac 2 tysiace co miesiac za wynajecie. Od ojca tylko slyszymy ze on juz sie dosc nam napomagal, bo nas cale zycie utrzymywal...a prawda jest taka, ze obie z siostra juz od czasow liceum pracowalysmy, dorabialysmy i juz na studiach utrzymywalysmy sie w duzej mierze same. Nasi rodzice dawali nam dach dad glowa i wyzywienie do 22-23 roku zycia. Nie kupowali nam ubran, nie oplacali przejazdow, ksiazek, wakacji, ze urzadzili nam wesel. Pisze o tym, bo wiekszosc moich znajomych taka wlasnie pomoc otrzymala lub otrzymuje od rodzicow i nikt im tego nie wygaduje, a mnie wygaduje sie ze mialam dach nad glowa i jedzenie. OK, rozumiem, ze rodzice nie dali nam wiecej bo nie mieli z czego i nie mam zalu o to. Mam zal o to, ze mimo iz staralam sie byc zawsze dobra corka i ich odciazac jak sie da, tak samo moja siostra, to jednak nie moge liczyc na ich wsparcie w sutuacji gdy realnie mogliby pomoc.
Czy ja jestem jakas nienormalna, ze drecze sie ta cala sytuacja?