Kolejna historia z cyklu telenowela... Mija juz miesiac, odkad sie
dowiedzialam o zdradzie meza, pierwszej i absolutnie
niespodziewanej, bylam go (o, głupia) pewna na 200 %, układało nam
sie dobrze, maz dobry, rodzinny, przejety dzieckiem, na oko - jak
zawsze - wszystko ok - a tu taki kwiatek. Najgorsze ze jestem
wlasnie w ciazy - nie bardzo przez to moge działac, cała sytuacja
bez zdrady jest juz troche dołujaca - przestałam pracowac, ciaze
znosze fatalnie, przez pierwsze miesiace nie byłam w stanie robic
nic, nawet zajac sie starszym dzieckiem, wyjechałam do rodzinnego
domu, maz zostal. To by mogło jakos tlumaczyc sytuacje (choc
moralnie - bez komentarza), ale najgorsze ze ta historia zaczela sie
wczesniej, jak bylam energiczna, zadbana, zapracowana, w pelni sil i
rozpedu. No i nie rozumiem - jak bylam ok, znalazl jakas d...e
(notabene dziesiec lat starsza ode mnie, nieatrakcyjna babe,
wyszperana na portalu randkowym), potem zrobil mi dziecko (w zyciu
bym sie nie zgodzila na drugie, znajac sytuacje... pamietam nasze
starania, nie moge sobie wyobrazic, ze mogł w domu sie rozmnazac, a
potem jechac bzyknac kogos innego), potem ja lezalam i ledwo zylam,
a on dalej.... no nie miesci mi sie to w glowie. W zyciu bym go o to
nie podejrzewała, prawde mowiac przekonanie o tym ze nie zdradzi (ze
wzgledu na wychowanie, charakter, poglady, porozumienie itd...) bylo
dla mnie jego najwieksza zaleta, od zawsze, odkad rozwazalam za i
przeciw czy za niego wyjsc.. A tu taka wtopa - o ja glupia, i
naiwna. No i teraz sie zastanawiam - pozew? Wyjechac z dzieckiem?
Zaufac ze to naprawde ostatni raz? Ha ha... Zalozylam, ze z
rozstrzygnieciem kwestii czekam do porodu, teraz i tak nie jestem
samodzielna... ale boje sie ze tak naprawde odsuwam decyzje o
rozstaniu, ktora trzeba podjac, moze im wczesniej tym lepiej? No i
pomijajac moje samopoczucie w zaistniałej sytuacji

mam problem
nastepujacy - nie moge wykrzesac z siebie odrobiny energii... nie
moge sie zebrac do zadnego dzialania - przede mna duzo spraw do
rozwiazania, musze sie zastanowic nad kwestia mieszkania, musze
podjac decyzje odnosnie pracy, przede wszystkim postanowic, czy mamy
probowac byc razem, czy nie ma sensu kupowac kredensu... a ja leze
plackiem, albo sie snuje, usiluje czytac madre rzeczy, usiluje sie
jakos zmotywowac, i nic.... a tu szkoda kazdej chwili, powinnam
działać... Jak sobie dac kopa, zeby ruszyc z miejsca??