panirogalik
20.04.09, 14:19
Dzień dobry ematki, często czytam to forum ale jakoś nie było okazji się
wcześniej zalogować. Teraz mam problem i potrzebuję rady. Alkoholu nie
stawiam, bo poniekąd i o tym będzie to historia, więc nie na miejscu takie wkupne.
Otóż mój mąż jest chrzestnym pewnej dziewczynki. Wszystko pięknie gdyby nie
fakt, ze najbliższa rodzina dziewczynki oraz jej otoczenie to... recydywa.
Ojciec dziecka oraz obecny partner matki kilka razy siedzieli w więzieniu.
Skazani byli nie za jazdę po pijaku na rowerze ale za rozboje, pobicia,
kradzieże, włamania. Pół biedy gdyby byli skazani raz, odsiedzieli swoje,
wyciągnęli wnioski i się zmienili. Kiedyś, gdy obaj panowie odbywali karę
jednocześnie, byliśmy odwiedzić dziecko. Warunki w jakich żyje rodzina są
ciężkie, matka dziewczynki mieszkała ze swoją matką, siostrą, siostry
chłopakiem i ich dzieckiem w maleńkim dwupokojowym mieszkaniu. Wszyscy żrą się
między sobą jak szczute psy, nie potrafili tego opanować nawet przy nas.
Konflikty wynikają raczej (tak na moje oko) z zagęszczenia ludzi na metrze
kwadratowym. Dzieci te kłótnie bezpośrednio nie dotyczą (nie wyglądały na bite
albo zaniedbane, zdrowe, czyste jak na dzieci) ale wiadomo, słyszą co dorośli
wygadują na siebie wzajemnie. Mnie ciężka atmosfera tego domu i rodziny
odpychała na kilometr. Teraz podobno matka z dziewczynką mieszkają trochę w
tym domu, trochę gdzieś z obecnym partnerem. No i problem: zbliża się komunia
dziewczynki a ja sobie nie wyobrażam spędzić w towarzystwie więźniów nawet
godzinę. Tu nie chodzi o to że jestem księżniczka, ze korona mi z głowy
spadnie, ja się po prostu boję takich ludzi, aż mnie brzuch boli jak o tym
dłużej myślę, boję się ze będzie awantura zwłaszcza między panami
recydywistami, nie chcę mieć takich znajomych, kontaktów. Nie chcę tych panów
poznać, siedzieć z nimi przy stole, rozmawiać, nie wyobrażam sobie że będę na
ich rodzinnych zdjęciach. Po prostu: nie zadaję się z takimi ludźmi i tyle.
Mojemu mężowi również nie uśmiecha się tam jechać. Kiedyś dzwonił z okazji
urodzin do dziewczynki. Pewnego razu odebrał któryś z panów więźniów telefon i
była awantura, ze co to za gach dzwoni, że matka dziewczynki znowu się puszcza
i takie tam, chciał też „wpie...” mojemu mężowi. Nie docierało do niego w
jakiej sprawie dzwoni, chyba wynikało to z jakiejś ułomności. Mąż w trakcie
rozmowy odłożył telefon i więcej tam już nie dzwonił.
Mój mąż nie chciał zostać chrzestnym i tym sposobem wiązać się z tą rodziną.
Długo zwlekał z odpowiedzią. Miał nadzieję ze się matka dziecka rozmyśli się.
Rodzice jednak mu powiedzieli że powinien, bo dziecku się nie odmawia. Poza
tym, przecież to rodzina. Był młody, głupi i mnie zołzy jeszcze nie znał (bo
ja bym jasno wszystkim dobrym czyjąś dobrocią zakomunikowała, że sami mogą się
zgłosić na chrzestnych).
Drogie ematki jakbyście postąpiły? Nie chcę sprawiać przykrości dziecku, nie
chcę żeby poczuło się nieważne, „olane”. Wiadomo ze ten dzień jest ważny dla
dzieci, potem sobie opowiadają jak wyglądał obiad w domu i co zapamięta
dziewczynka, ze chrzestny ją "olał"? Gdyby ci państwo mieszkali w naszym
mieście lub w pobliskim, podskoczylibyśmy z prezentem do kościoła i złożyli
życzenia. A moze wystarczy prezent i kartkę wysłać pocztą i zadzwonić z
życzeniami? Jakbyście postąpiły ematki na moim (naszym) miejscu? Bo nie sądzę
ze przesadzam nie życząc sobie kontaktów (jakichkolwiek) z recydywą.