vicky1
02.05.09, 12:38
Mój TZ jest lekarzem - internistą. Sytuacja była taka. Pełni dyżur na izbie przyjęć. Miejscowość jest nieduża, nie ma pediatrii, dzieci odwożone są do innego miasta. Ratownicy przywożą niemowlę, chcą żeby zobaczył je lekarz. TZ widzi, że z dzieckiem coś złego się dzieje. Dziecko przelewa się przez ręce,ma słaby kontakt, nie wiadomo jak z przytomnością, TZ boi się o ewentualne niedotlenienie. Z dzieckiem jest matka. Matka w sposób agresywny odzywa się do TZ, nie chce pozwolić na zbadanie dziecka. TZ chce zrobić badanie wstępne, podłączyć urządzenia, które będą monitorowały funkcje życiowe, założyć wenflon do podania leku, podać tlen gdyby trzeba - żeby malec się nie niedotlenił. Tłumaczy matce co podejrzewa, co musi zrobić aby zabezpieczyć dziecko. Kiedy próbuje badać dziecko matka wyzywa go, a następnie wyrywa mu dziecko, chwyta na ręce, zaczyna nosić po izbie przyjęć i krzyczeć,że dziecko będzie się bało w czasie badania, że ma je zostawić,że ona musi mieć je na rękach aby było spokojne, że dziecko ma spać. To jest izba przyjęc, nie ma czasu na wielogodzinne przekonywania, badanie jest utrudnione, matka agresywna. W międzyczasie TZ informuje centrum pediatryczne o dziecku, załatwia miejsce na oddziale, dzwoni po karetkę z lekarzem, która dziecko w pełnym zabezpieczeniu (pulsoksymetr, cała reszta) odwiezie. Nie może jednak założyć ani pulsoksymetru, ani tlenu, ani wenflonu bo walczy z nim matka, wyrywa dziecko i wyzywa. W końcu TZ wyrzuca ostro matkę za drzwi, zakłada dziecku potrzebne urządzenia, czeka na przyjazd karetki, lekarza, dziecko zostaje bezpiecznie odwiezione do szpitala.
czy lekarz rzeczywiście musi być wrogiem? co powinien zrobić żeby nie wzbudzać takich reakcji?