Witam ponownie.
Zainspirowala mnie do ponownej odezwy Panstwa (szczegolnie PaN)
dyskusja w temacie mojego wczesniejszego postu ,,koszmar w
dresie=przeciez mam dziecko". Wiekszosc z pan stanela na strazy i w
obronie swojego tluszczyku, luznego (czyt. nieflejowatego) wygladu i
ogolnej aparycji mam, czy tez nie mam. Podkreslanie na kazdym
kroku ,,ze moj maz lubi mnie taka jaka jestem" - o.k wszystko
pieknie, ale zastanawia mnie jednak i statystyka i fakt, wiekszej
liczby rozwodow po, a nie przed dzieckiem. To kobiety po ciazy,
bardziej ,,trzesa" sie o kazda delegacje meza, raut itd. Skoro mamy
sa takie zadbane (czyt. niekoniecznie w szpilkach), to skad te
obawy? Napewno wiekszosc napisze, ze ,,moj maz mnie kocha tak czy
siak, z tluszczykiem czy bez, z dyplomem czy bez, zgarbiona czy nie,
on wciaz kocha mnie

- o.k wszystko pieknie, tylko dlaczego
czesto mozna zauwazyc, ze im kobieta ma mniejsza pewnosc o swojA
atrakcyjnosc, tym bardziej meza probuje sprowadzic do swojego
poziomu, np. serwujac mu takie obiadki, aby i on mial piwny
brzuszek - przez to i on bedzie mniej atrakcyjny, trwajac przy
swojej zonie (czyt. MATCE POLCE).
Podkreslam, ze nie prowadze tu kultu chudosci, czy tylko
atrakcyjnosci wizualnej. Mentalna stagnacja i intelektualny marazm
moze rowniez porazac.